Dzisiaj na razie kawałek, który pójdzie jutro w 'Gazecie Sport'. A teraz spacer wyborczy. 🙂
Tydzień w lidze koszykarzy
Adam Romański
Daniels jak Tyrice
Pamiętam co się działo, gdy kilka lat temu kluby polskiej ekstraligi poszukiwały zawodników. Jeśli przyjeżdżał rozgrywający, to nie wystarczyło, że świetnie podawał i znakomicie bronił (jak wielu Amerykanów na tej pozycji). Jak nie umiał rzucać za trzy, wylatywał do domu. To samo dotyczyło silnych skrzydłowych. Co z tego, że mieli po 15 zbiórek i 5 bloków w meczu, jak nie umieli trafić nawet z dwóch metrów – tłumaczyli dziwni prezesi, wysyłając do domu koszykarzy, którzy później często byli gwiazdami lig silniejszych niż polska.
W ostatnich latach sytuacja na rynku koszykarskim nieco się zmieniła, bo dzisiaj cały wysiłek nie jest już skupiony na poszukiwaniu dwóch megasupergenialnych Amerykanów, którzy pociągną całą drużynę. Teraz można mieć ich nawet ośmiu w zespole, z czego kilku tylko do pomocy. Ale przypomnę może wszystkim miłośnikom lotnictwa transoceanicznego, że w ostatnich latach o mistrzostwie Polski decydowali zawsze w wielkim stopniu koszykarze polscy w głównych rolach, choćby ostatnio Adam Wójcik i Filip Dylewicz, a wcześniej Andrzej Pluta czy cała plejada gwiazd Śląska Wrocław. Bez nich się nie da nic osiągnąć.
Nie dziwi mnie jednak szaleństwo wymieniania zawodników z tygodnia na tydzień, choć uważam, że do niczego ono nie prowadzi. Taka natura sportu, że poszukuje się tej minimalnej przewagi, żeby tylko wyprzedzić rywali i przeciwników. Prezesi koszykarscy otumanieni przez trenerów na ogół wierzą, że tę przewagę da jakiś zawodnik, który zaskoczy rywali, będzie tani, ale jednocześnie lepszy niż ten, którego mają rywale. W świecie oplątanym przez koszykarskich agentów trudno jednak o cud i znalezienie nieznanego, taniego koszykarza, który odmieni ligę. A zmianami graczy trenerzy na ogół przykrywają swój brak wiedzy i umiejętności.
Wszystko to przypomniało mi się, gdy w sobotę oglądałem grę nowego zawodnika Anwilu Włocławek Alana Danielsa. Ma on 195 cm wzrostu i jest bardzo szczupły (choć widać, że siłowni nie omija). Po obejrzeniu delikwenta we Włocławku orzekli, że to nie skrzydłowy i już chcieli go odesłać do domu. Jednak dali szansę w Warszawie. I co? W meczu z Polonią Daniels pokazał się znakomicie, potrafi walczyć, blokuje, zbiera, ma instynkt do łatwych punktów, gra efektownie i nie dziwi, że w mocnej lidze włoskiej zdobywał średnio 15 punktów. Nie umie rzucać, więc nie nadaje się na grę dalej od kosza, ale do Anwilu w sam raz. Grał jak kopia amerykańskiego skrzydłowego Tyrice'a Walkera, który z gracją fruwał nad koszami w Pruszkowie w latach 90.
Nawet jednak najbardziej niesamowity Daniels nic nie zmieni, bo dzisiaj w naszej lidze o sukcesie decyduje co innego. Przewag szukałbym w pracy trenera, konsekwentnym budowaniu zespołu i pomyśle na taktykę. We Włocławku prezesi wierzą, że takim pomysłowym przełomem jest dla klubu Ales Pipan. Dla mnie to duży znak zapytania, ale na pewno prawdziwe oblicze Pipana poznamy dopiero w tym sezonie.
Słoweniec ma mocny skład, kilku rozwijających się, ale już dobrych Polaków (Koszarek, Białek, Wołoszyn, także weteran Pluta) oraz mocnego lidera Gerroda Hendersona. Brakuje nieco pomysłu na to, jak grać z najlepszym strzelcem poprzedniego sezonu Patrickiem Okaforem. Nie wiadomo, czy do gry na najwyższym poziomie gotów jest Alex Dunn. No i czy znajdzie się metoda, żeby dobrze wykorzystać to, co umie Alan Daniels. Szefowie klubu z Włocławka po meczu zapowiadali, że nie tylko Daniels zostanie, ale Anwil znajdzie jeszcze jednego mocnego zawodnika na pozycję skrzydłowego (zapewnie w miejsce Valdasa Vasyliusa). I skomponowanie z tego wszystkiego jakiejś efektownej symfonii to prawdziwe wyzwanie dla Pipana. Zobaczymy, czy podoła mu lepiej niż walce o medal w poprzednim sezonie.