Krótko po Islandii (EuroBasket 2017)

Dzisiaj polscy koszykarze rozgromili 91:61 punktami Islandię w drugim meczu EuroBasketu 2017 w Finlandii. Brawo.

Nie ma się nad tym meczem co więcej rozwodzić, bo celem było łatwe i wysokie zwycięstwo, co zostało wykonane. Na dodatek obyło się bez strat „w ludziach i sprzęcie”, a – co było numerem 1 w planie – Islandczykom nie pozwoliliśmy na rzucanie za trzy. Trafili w pierwszych trzech kwartach zaledwie 3 razy, rzucali też mało, wszystko świetnie. Lubię, jak po meczu w statystykach widzę to, o czym nasi trenerzy mówią przed meczem.

Niestety, z racji podróży pierwszej połowy nie oglądałem pierwszej połowy tego meczu. Skazany na opisy na twitterze poczułem się mocno zaniepokojony, bo wyczuwalna była atmosfera oczekiwania na kompromitację lub – nie wykluczam – po prostu nerwowej reakcji na słaby początek Polaków. Sprzed telewizora w drugiej połowie zobaczyłem już coś całkiem innego, ale może to moje szczęście. Powtórzę, dla mnie liczył się tego dnia jednak tylko wynik.

Wydaje mi się jednak, że przy naszym zespole, złożonym z ambitnych – w skali europejskiej – outsiderów (w znaczeniu amerykańskim, czyli będących poza głównym nurtem), momenty słabe, nudne, przykre, będą się powtarzać. Żeby coś zrobić w tym EuroBaskecie musimy być jak Grecja w piłkarskim Euro w Portugalii. Nudni, czasami nieporadni, ale świetni, gdy trzeba – nawet koślawo – strzelić jedyną bramkę w meczu. I wygrać.

Jutro (niedziela, od 18.50) moim zdaniem najważniejszy mecz. Nawet jeśli Finlandia w tym turnieju będzie goliła u siebie wszystkich – od Francji zaczęła, nie wiem jeszcze pisząc, co dzisiaj zrobi ze Słowenią – to właśnie ją musimy dopaść. Tu jest moment i szansa na zbudowanie czegoś wielkiego. Wobec kompletu widzów i przede wszystkim wobec siebie, przed ostatnimi dwoma meczami w Helsinkach we wtorek z Francją i w środę z Grecją. Wierzę w mądrość naszego trenera, jego sztabu i naszych zawodników, wierzę w ich doświadczenie z kilku turniejów i kwalifikacji. Usłyszałem w wywiadzie po meczu Mateusza Ponitkę, który mówił dokładnie o tym, że mecz z Finami to sprawdzian. To jest teraz moment prawdy dla naszego zespołu. Mimo że przeciwnik trudny, mający w składzie wielką gwiazdę najbliższych lat na poziomie NBA Lauriego Markkanena.

I niech to będzie brzydkie. Ale zwycięskie.

Po meczu ze Słowenią

Krótko, ale dłużej niż byłoby na TT.

Zły wynik, zbyt słaba gra. Wiadomo było, że rywale będą mieli dwie gwiazdy Realu Madryt i lidera Miami Heat. Oni ten mecz wygrali dla Słowenii. Nie potrafiliśmy tego zniwelować, nie potrafiliśmy ich zatrzymać, trafiali najważniejsze rzuty.

Nadal jednak planem pozostaje według mojego prywatnego zdania wygranie 1 z 3 meczów z mocarzami (została Grecja i Francja) oraz obu z Islandią i Finlandią. Ten mecz mi pokazał, że te cele są do zrealizowania. Trzeba przede wszystkim opanować nerwy i pamiętać, z kim i gdzie gramy, bo mam wrażenie, że to właśnie powodowało fatalne decyzje przy podaniach i banalne straty. Bo strat „zwykłych” nie szkoda, ale takich wynikających z pozornej niedbałości jak najbardziej. „Pozornej”, bo gramy przeciwko wybitnym obrońcom i nie jesteśmy przygotowani, że podanie, które na innym poziomie dochodziło do celu, zostanie przechwycone. I tymi kilkoma decyzjami przegraliśmy.

Oczywiście to nie jest takie proste, ale tutaj są największe rezerwy.

Powrót do gry wyrównanej w obliczu kłopotów – na plus.

Mateusz Ponitka – na plus.

Walka i mentalność do końca – na plus.

Margines na porażki – już mały.

#DawajPolska! – Stać was.

 

Przyjemność z EuroBasketu 2017

Nie uda mi się znów być osobiście na EuroBaskecie, tym razem rozgrywanym – dla Polaków – w Finlandii i Turcji. Na boiska koszykarskie patrzę teraz z perspektywy siatkarskiego katowickiego Spodka, gdzie oglądam z bliska mecze EuroVolley. Ale koszykówka to koszykówka. Więc bez względu na to, co będzie się działo w Finlandii i – oby – Turcji, kilkoma myślami chciałem podzielić się jeszcze teraz – zanim pierwsza (koszykarska) piłka dzisiaj o 12.45 w Helsinkach pójdzie w górę.

Po pierwsze, chcę zaznaczyć, że wynik i styl gry kadry Polski na EuroBaskecie 2017 będzie skutkiem tego, co wokół reprezentacji się działo od 2013 roku (i częściowo wcześniej). Wysiłków organizacyjnych, koncepcji wyboru trenera, jego osobowości i jakości trenerskiej, sposobu budowania marki reprezentacji i dobrania sztabu wokół Mike’a Taylora. To wszystko było inne niż wcześniej, znacząco inne. Jeśli będzie dobrze, warto o tym pamiętać. Jeśli będzie źle, także.

Po drugie, nie ma zgody na zadowolenie tylko pod warunkiem walki o medale. Sorry, ale dla mnie to głupota. Ja uważam, że Polska w tym turnieju ma szansę zakręcić się wokół nawet półfinału, a ćwierćfinał uważam za bardzo realny. Ale w tym turnieju chce tego 20 zespołów na 24. Mamy w reprezentacji jednego zawodnika z Euroligi, który na dodatek jeszcze w niej nie gra, oraz żadnego w NBA. Mamy trenera, którego sukcesem klubowym jest siódme miejsce w lidze niemieckiej, a reprezentacyjnym miejsce 11. Nie da się tego porównać z połową uczestników EuroBasketu 2017.

Mam nadzieję, że będziemy grać 10 razy lepiej niż suma składników indywidualnych, ale to i tak może nie wystarczyć do wejścia do ósemki. I nie chodzi tu o żadne usprawiedliwianie czy pocieszanie. Taki jest po prostu obrazek. Chodzi o nieodbieranie radości z fajnej gry i emocji, które dostarcza polska drużyna. Celem jest posiadanie drużyny, która będzie miała fajnych (z premedytacją używam infantylizmu) zawodników, grała z pazurem i powalczy w każdym meczu. Z nastawieniem na taki zespół usiądę do meczów i takie każdemu polecam.

To co powyżej jest w kontrze do tez umieszczonych w tekście tutaj. To podejście Tomasza Sobiecha mi się gruntownie nie podoba i pisanie takich tekstów przed turniejem uważam za kompletną pomyłkę. Piszę to otwarcie, żeby uniknąć spekulacji i domysłów. Moim zdaniem ktoś, kto pisze w ten sposób, kompletnie rozmija się z tym, co myślą i czego oczekują kibice. I dodam jeszcze – nie rozumiem, jak ktoś, kto lubi podkreślać słabości polskiej koszykówki, widzi je wszędzie – od ligi i związku jako organizacji, poprzez kluby, jakość szkolenia i zawodników, po skład kadry i poziom trenera kadry – nagle oczekuje od Polaków, że „stać ich na wygrane”, „stać na realne sukcesy na boisku”, deklaruje „oczekujmy prawdziwych zwycięstw” i twierdzi, że „mamy od kogo wymagać”. Skąd to się wzięło?

Całość brzmi jak przygotowanie pod kolejne gromy w przyszłości, kiedy postawione odważnie cele nie zostaną spełnione. Albo zastraszenie tych, którzy ośmielą się być zadowoleni z fajnej gry Polaków mimo np. braku awansu do ćwierćfinału. Tezy są też tak dobrane, że dyskusja – którą podejmuję – jest pozornie skazana na niepowodzenie. No bo jak to? Teraz nagle usprawiedliwiam przyszłe porażki? NIE! Brak wyjścia z grupy i brak awansu do ćwierćfinału będzie porażką nie do usprawiedliwienia. Czy teraz twierdzę, że Polska nie ma silnej ekipy? NIE! Ma bardzo dobry zespół, najlepszy od 30 lat. Teraz tylko piszę, że pisanie „macie wygrywać, a jak nie to odmawiamy wam radości po porażkach” to bzdura. Kibic wyczuje dobry sport i sam zdecyduje, czy polubić ten team, czy nie, bez względu na wyniki i pisaninę po stronach i blogach.

Wystarczy jednak o tych, którzy szukają negatywów. Zawsze to będę powtarzał: reprezentacja Polski zaciekawiała mnie i fascynowała wtedy, kiedy sukcesem było pokonanie Węgier czy Słowacji, i nie przestanie teraz, kiedy moim zdaniem gra najlepiej od czasu, kiedy jako juniorek w 1988 roku w hali Spożywczaka w Toruniu zobaczyłem pierwszy raz na żywo kadrę Polski koszykarzy. Wtedy był to pogrom, jaki Polakom zafundowali w eliminacjach ME Francuzi. Potem były różne momenty, chwały i chały, ale nigdy – aż do dzisiaj – nie mieliśmy drużyny, która – jak w sparingach – będzie grała o zwycięstwo i jak równy z równym z najlepszymi, w każdym meczu. Elementy tego były dwa lata temu, a na potwierdzenie czekam w Finlandii i Turcji. Ta ekipa ma wypracowaną wielką pracą wysoką jakość (a nie: efektowne zrywy i szanse na fuksiarskie wygrane) i na potwierdzenie tego czekam. Bo to jest właśnie coś nowego – widzę w sparingach grę na tyle dobrą, że walczymy o wygraną z każdym. To nie jest przypadek. I to jest moje „po trzecie i najważniejsze”.

Dlatego czekam na emocje. Na fajne mecze ze Słowenią, Islandią, Finlandią, Francją i Grecją. Na podtrzymanie poziomu zarysowanego w sparingach. To jest najważniejsze. Bo właśnie to – a nie zaklęcia i rozliczenia – da wygrane. Może dwie, może trzy, może cztery w grupie i później w kolejnych rundach. Jak się nie uda, trudno. Jeśli będzie grane w dobrym stylu, nie zapłaczę.

Nie będę też patrzył na EuroBasket z myślą, że od niego zależy cała przyszłość polskiej koszykówki, sponsorzy, kibice, popularyzacja. Że musi być ćwierćfinał, bo inaczej wszystko jest do d… Nie chcę o tym czytać i tego słuchać. Takie myślenie zaburza normalność i przyjemność. Przyszłość przyjdzie i tak. Dobra czy zła. Zostawmy to, naprawdę. EuroBasket to przede wszystkim wielki basket, niewiadome i emocje. I to chcę zobaczyć w biało-czerwonych barwach już od dzisiaj!

 

Zmarł Adam Wójcik

To jest szokująca informacja. Nie da się jej skomentować… Nie da się o tym myśleć bez bólu. Może więc tylko skreślę tych kilka akapitów, żeby oddać hołd wybitnej postaci.

Od dłuższego czasu drogą prywatną (z zaznaczeniem, że ma pozostać prywatna, na wyraźne życzenie) docierały smutne wieści o zdrowiu Adama Wójcika walczącego ze śmiertelną chorobą. Wydawało się, że już wygrał, ale niestety niedawno doszło do nawrotu. Choroba zabrała nam absolutnie przedwcześnie człowieka wybitnego, którego nie da się zastąpić. Koszykarza znakomitego, którego wszyscy kochali i podziwiali. Wszyscy. To mówi o tym, kim był.

Pozostaną w pamięci jego akcje i jego wizerunek, jego sukcesy – 8 mistrzostw Polski, 14 medali MP, gra na 4 EuroBasketach, 149 meczów i 1821 punktów w kadrze, największa liczba występów ze wszystkich Polaków w Eurolidze… Miano króla ligowych strzelców, drugie miejsce w historii za Eugeniuszem Kijewskim w tych punktach, drugie w liczbie rozegranych meczów za Dariuszem Parzeńskim. Strona pzkosz.pl to wszystko wypisze, długa to lista.

Jakże tragiczne i niesprawiedliwe jest, że trzeba było to skompilować i opublikować. Miał tylko 47 lat.

Adama zobaczyłem z bliska – można powiedzieć, że poznałem nieco lepiej – w autobusie Mazowszanki Pruszków w latach 90., kiedy jako młody dziennikarz podróżowałem po całej Europie z tym zespołem, a on przez rok tam grał – zresztą znakomicie. Później wiele razy w tej relacji zawodnik – dziennikarz/komentator/działacz się spotykaliśmy w całej Polsce i Europie. Przecież w reprezentacji grał jeszcze osiem lat temu. Przecież w lidze grał jeszcze pięć lat temu… Próbowałem go ściągnąć do Czarnych Słupsk, kiedy tam pracowałem, ale wybrał wtedy Poznań… Przez jedno lato wspólnie komentowaliśmy też mecze kadry dla Polsatu Sport.

I jedno mi przychodzi do głowy w tej tragicznej chwili, kiedy moment temu dowiedziałem się o jego odejściu: Adam pod żadnym względem i w żadnym znaczeniu na boisku i poza nim NIGDY mnie nie zawiódł. Taki był.

Nie ma sensu pisać więcej…

Adamie, byłeś zawsze wzorem, idolem, inspiracją, zawodowcem! Dziękuję Ci za wszystko. Będziemy pamiętać! Odpoczywaj!

Krystyno, Janie, Szymonie – wyrazy wsparcia, choć wiem, że nic już nie zmieni niezmiennego… Trzymajcie się!

Żegnaj, Wielki Adamie!

Czy Taylor zawiódł?

No cóż. Odbyła się kolejna inspirująca dla mnie dyskusja na Twitterze, która tam jest skazana na niepowodzenie, bo trudno się wyrazić w 140 znakach, albo nawet w 280.

Więc trochę na ten temat tu. Długie pisanie. Strumień myśli na tematy, które w tej twitterowej szarpaninie zostały nadgryzione.

Cała dyskusja kręciła się wokół wypowiedzi znakomitego kiedyś zawodnika Piotra Szybilskiego, który stwierdził o Mike Taylorze, obecnym trenerze kadry koszykarzy:

To gość który zaprzepaścił najlepszy skład w ostatnich 3 dekadach. Nie zawiódł? Szkoda prądu.

Potem Piotr poprawił się, że mu o dwie dekady chodziło, czyli o okres od 1997 roku, kiedy polscy koszykarze zajęli siódme miejsce w Europie. On grał w tym zespole, znakomitym, niezapomnianym, który wypromował polską koszykówkę i dał wielką nadzieję, którą niestety później – w kolejnych latach – sam zgasił, przegrywając fatalnie eliminacje do kolejnych czterech EuroBasketów.

Piotrowi chodziło o zespół Taylora z EuroBasketu 2015 roku. Moim zdaniem najlepsze, złożone z zawodników z wyższych półek, były zespoły z 2009 i zwłaszcza z 2013 roku. Oba bardzo zawiodły, chyba co do tego nie ma wątpliwości. Ale OK, nawet przyjmijmy teoretycznie, że drużyna z Francji, w składzie Koszarek, Slaughter, Skibniewski, Ponitka, Waczyński, Zamojski, Gruszecki, Cel, Czyż, Kulig, Karnowski i Gortat to był najlepszy skład od 20 lat. I zastanówmy się, czy Taylor rzeczywiście zawiódł.

Dwa lata temu we wrześniu postanowiłem akurat na jakiś czas wziąć wolne od Twittera i wypowiadania się publicznie, więc nie wyrażałem opinii na temat tamtego turnieju. Teraz z dystansu mogę coś napisać. Tamten EuroBasket niestety był skazany na niepowodzenie z jednego podstawowego powodu. Był nim słaby system FIBA przewidujący po graniu w grupach „mecz o wszystko” w 1/8 finału zamiast drugiej fazy grupowej i losowanie, które skazało nas na grę w tym meczu o wszystko z drużynami grupy B. Czy zajęlibyśmy w swojej grupie pierwsze czy czwarte miejsce, wpadaliśmy na Serbię, Hiszpanię, Włochy, Turcję lub Niemców. Ci ostatni, z Dirkiem Nowitzkim w składzie, grając u siebie nie zdołali nawet wyjść z tamtej grupy. Mam wrażenie, że to było pięć z ośmiu najlepszych drużyn tego turnieju (trzy były ostatecznie w ósemce, a Turków wyeliminowała Francja).

Wpadliśmy z trzeciego miejsca na Hiszpanię, która była druga w tamtej grupie. Warto podkreślić, że na pozostałych drugich miejscach były Chorwacja, Łotwa i Izrael. Inny system, inne losowanie, mogłoby dać „mecz o wszystko” z nimi. Ale to głupie gdybanie. Dostaliśmy Hiszpanię i trzeba było ją pokonać, żeby przejść do historii i zdobyć serca kibiców.

Wracając do grupy. Oczywiście była wielka szansa na drugie miejsce i grę w Włochami w meczu o wszystko, ale przegraliśmy z Izraelem w grupie i przepadło.

I tu dochodzimy do tematu „czy trener zawiódł”. Oczywiście, przegrał trzy mecze. Dwa niewysoko grając w znakomitym momentami stylu z Hiszpanią i Francją (skończyły turniej na 1. i 3. miejscu) oraz po słabym meczu z wspomnianym Izraelem. I tu ja zauważam słabość Mike’a Taylora – co roku (prowadził kadrę w trzech sezonach) zdarza się jego drużynie JEDEN niewytłumaczalnie słaby mecz, zupełnie inny niż wszystkie, który sromotnie przegrywamy, grając na dodatek tragicznie. W 2014 roku to była porażka w Austrii, w 2015 roku ten nieszczęsny Izrael, a w 2016 roku przegrana w Toruniu z Białorusią. To jest niedobre, to musi się zmienić. Fajnie, że po takim spotkaniu następne jest zawsze świetne – z Niemcami na wyjeździe w 2014, z Finlandią w 2015 i z Estonią na wyjeździe w 2016, ale to nie wystarczy. Powtórka tej akcji w 2017 będzie nie do przebaczenia, bo jest już doświadczenie z tego typu wpadek.

Jednak to jest sport! Czy to nie jest tak, że rzadko udaje się zagrać sześć czy siedem meczów w krótkim czasie na równym, bliskim maksymalnego potencjału, poziomie? Przykładów na to w koszykówce i innych sportach nie brakuje. Pozostałe pięć meczów w 2015 roku było dobrych. Wygraliśmy z Rosją, Bośnią i Finlandią. Ja byłem dumny z tego zespołu, z tego jak grał, jakie były pomysły, że wszyscy niemal zawodnicy (więcej o tym niżej) zagrali swojego maksa życiowego lub byli tego blisko. 11. miejsca w Europie nie odebrałem jako klęski, zawodu czy porażki nawet. To w końcu praktycznie to samo co w 2009 (dziewiąte miejsce) i o kroczek za słynną drużyną z 1997 roku (siódme). Powiedziałbym, że gdzieś tam między siódmym a 12. miejscem w Europie na ten moment powinniśmy z naszą reprezentację być, żeby zaatakować wyższe w drugim etapie. Ten etap jest teraz, kiedy nasi polscy koszykarze indywidualnie są w coraz lepszych klubach i grają na coraz lepszym poziomie (Waczyński, Ponitka, Kulig, Karnowski, ale także Cel, Slaughter i inni).

Jeśli mówimy o tym, kto zawiódł, to dla mnie wielkim zawodem tamtego turnieju był Marcin Gortat.

I tu ważne wtrącenie.

Marcin Gortat jest dla mnie tam, gdzie wielcy herosi polskiego sportu ostatnich lat: Agnieszka Radwańska, Robert Kubica, Adam Małysz, Robert Lewandowski. Jeden z pięciu największych. Niestety, jakoś tak się stało, że nie „zgrupował się” w drużynę narodową, która jak siatkarze czy piłkarze ręczni – przy których trudno wymienić jednego herosa (Zagumny? Kurek? Wlazły? Bielecki? Szmal? Siódmiak?) – porwali wszystkich Polaków. Nie stał się liderem reprezentacji, która wygrała cokolwiek. Sam na pewno jest zły z tego powodu.

Jednak nie zmienia to faktu, że to jeden z nielicznych WIELKICH i kiedy on mówi coś o reprezentacji Polski, kiedy mówi coś o PZKosz, kiedy uważa, że Adam Romański się kompromituje na Twitterze, a nawet gdyby powiedział, że Ziemia jest płaska i wsparta na czterech żółwiach w wojskowych mundurach, to ponieważ mówi to MARCIN GORTAT, należy to dogłębnie przemyśleć, rozważyć i mocno wziąć do siebie. Mówię o tym całkowicie poważnie. On jest jednym z wielkich tego świata i sam na to zapracował. Ja tymczasem mogę ze swojej małej dziupelki w prowincjonalnym lesie, w siedemnastym drzewie za piętnastym krzaczkiem i ósmą ścieżką, pisnąć cichutko to co poniżej.

A mianowicie to, że jedynym zawodnikiem, który we Francji w 2017 roku zagrał poniżej swoich możliwości, był Marcin Gortat właśnie. Nie był ani świetną częścią drużyny, ani indywidualnością, która pociągnęła innych. Czysto koszykarsko – co zresztą sam przyznał – nie pasowało mu europejskie granie wysokich graczy wyciągających centra spod kosza. Tłumaczenie, że winna czyjejś słabej gry jest europejska koszykówka, można wyśmiać – zresztą mam wrażenie, że zrobili to w „Uchu Prezesa” w skeczu z Antonim („to warunki jazdy nie dostosowały się do naszej prędkości”). Jednak trzeba zaznaczyć, że 11,3 punktu, 47 procent z gry, 6,3 zbiórki i 0,5 bloku na mecz Marcina Gortata w tym turnieju oraz występy centrów rywala Andrii Stipanovicia (20 punktów), Andrieja Zubkowa (21 punktów), D’ora Fischera (15 punktów) i Paua Gasola (30 punktów, 6/7 za trzy), nie zadowoliły nikogo, z pewnością także nie samego środkowego Washington Wizards.

I uwaga! Przytaczam to wszystko głównie dlatego, żeby pozbawić mocy argument „Taylor zawiódł”. Bo oczywiście, pryncypialnie większość albo całość „winy” (cudzysłów nieprzypadkowy, bo to nie termin na sport) za taką grę Marcina Gortata można przypisać trenerowi. Można byłoby powiedzieć, że nie znalazł dla niego roli. Że nie dał zadań odpowiednich do jego zdolności. Że źle nakreślił taktykę. Że nie potrafił się z Marcinem porozumieć, żeby to zadziałało. Każdy, kto widział te mecze w 2015 roku, może sobie odpowiedzieć, czy tak naprawdę było. Każdy też może sobie odpowiedzieć, czy to była „wina” Gortata.

Moim zdaniem to bzdura w obu przypadkach. Faktem jest, że nasz świetny koszykarz Marcin Gortat zagrał średni turniej. Ja go za to – nawet gdybym mógł ze swojej małej dziupelki – nie winię, nie krytykuję, nie piętnuję. Nie zgodzę się na stwierdzenie, że zawiódł.

Ale trenera to też dotyczy.

Rozmawiamy tu o odczuciach czy uczuciach, bo takim jest „trener zawiódł”. Więc na koniec wątku MG13 największymi literami napiszę co mi leży na sercu. Jako dla kibica koszykówki jest dla mnie w najwyższym stopniu smutne, że NAJWYBITNIEJSZY KOSZYKARZ W HISTORII POLSKI (co do tego nie mam wątpliwości) zakończył grę w reprezentacji na udziale w sześciu akcjach (na 12 możliwych w tym czasie): grał w dwóch tragicznych, przegranych eliminacjach, w jednych udanych kwalifikacjach, a także tylko na trzech EuroBasketach i ma na nich bilans meczów 6-11.

I nie ma w tym stwierdzeniu żadnych pretensji do nikogo, w tym zwłaszcza do Marcina, żadnego żalu, złośliwości, chęci szukania winnych. Jest to po prostu stwierdzenie. To jest do niczego. Strasznie źle, że tak jest.

Wracając do EuroBasketu 2015. Uczciwie trzeba dołożyć do tego rozumowania Łukasza Koszarka, który miał w 2015 roku niestety słaby turniej, walcząc cały czas z bolesną kontuzją. Ja mam ogromny szacunek do Łukasza, do jego przywiązania do kadry i do jego osiągnięć w pozostałych meczach o punkty, więc wrzucam go za ten turniej do pudełka z napisem „jedyny słabszy moment w kadrze”. Miał do niego prawo. W 2016 pokazał, że nadal w kadrze jest mocny.

Natomiast pozostali: Slaughter, Zamojski, Ponitka, Waczyński, Cel, Kulig, Karnowski oraz mało grający Czyż, Gruszecki, Skibniewski – wszystkich ich zapamiętałem z tego turnieju grających na dobrym lub świetnym poziomie. Niektórzy zagrali turniej życia. Gdy było coraz trudniej – Finlandia, Hiszpania! – dali radę.

Czy to negujemy?

Jeśli nie, to jest w tym chyba zasługa Mike’a Taylora.

Kolejny wątek. Dyskusja przeniosła się też w rejony, czy należy stawiać konkretne cele (np. miejsca) i rozliczać z nich po zawodach w sporcie. Trochę o tym. Cele i rozliczanie jako takie oczywiście tak. Najlepiej w formie: „trzeba wygrać każdy mecz i zająć jak najwyższe miejsce”. Ale – to jest oczywiście moje zdanie – żyjemy w czasach, w których sport zaczyna się postrzegać jak tabelkę excela w firmie sprzedającej żarówki. Przychody, rozchody, zyski, straty, bilans. Nie można tak!

Piłkarze i Adam Nawałka nie stali się gorsi od tego, że na zakończenie świetnego turnieju Euro 2016 przegrali po karnych z Portugalią. (To zresztą dobry odnośnik do EuroBasketu 2015, gdzie też pokonał nas przyszły mistrz po dobrym meczu). Siatkarze i Stephane Antiga nie byli słabi i do rozliczenia dlatego, że po 10 wygranych z rzędu przegrali mecz z Włochami w ostatnim dniu Pucharu Świata 2015, przez co różnicą setów zajęli dopiero trzecie miejsce i nie awansowali z tego turnieju na igrzyska olimpijskie. Przykładów może być więcej, także w sportach wymiernych i indywidualnych, gdzie można się poprawić, być w świetnej formie, a nagle pojawi się trzech świeżych Chińczyków i medalu nie będzie.

Myślałem o tym i ewentualnie mogę się zgodzić na cele konkretne i rozliczanie w ligach. Tam jednak jest inna sytuacja. Każdy gra z każdym dwa razy. Nie ma grup, losowań, rozstawień. Jeśli w play-off na kogoś wpadamy, to był to zespół, którego miejsce wyznaczyły tylko wyniki na boisku. Znamy budżety i możliwości wszystkich rywali i swój, więc możemy przed sezonem powiedzieć: „Trenerze (prezesie)! Robicie co najmniej piąte miejsce albo was nie ma!”.

W reprezentacji tak się nie da. Bo nie ma budżetu i nie da się kupić zespołu. Bo rozgrywki są niesprawiedliwe (grupy, koszyki, losowania). Bo nigdy nie wiadomo (w większym stopniu niż w lidze) co będą mieli rywale. Bo dochodzą emocje związane z dumą narodową. Bo buduje się latami i czerpie z pracy poprzedników w większym stopniu niż w klubie. I tak dalej.

Każde tego typu żądanie postawienia konkretnego celu (np. Taylorowi na EuroBasket 2017 – np. co najmniej ósme miejsce) i późniejszego twardego rozliczenia uważam po pierwsze za minimalizm (bo co się dzieje z motywacją i otoczką, kiedy już będziemy w ósemce?). Po drugie, za podstęp wobec decydentów czy trenerów ze strony kogoś, kto chce usunięcia tych osób „bo nie wypełnili celu”. Bo jaki inny może być cel stawiania takich konkretnych zadań w sporcie reprezentacyjnym?

Przecież tu trzeba być mądrym, ocenić po turnieju pracę w sensie podjętych decyzji, wybranych strategii i taktyk, poprowadzonych meczów i podjąć na tej podstawie decyzję. Przecież to się robi w PZKosz. A wynik nie jest do zaprogramowania.

Przecież ideałem jest w przypadku reprezentacji powiedzmy 10-letnia praca dobrego trenera, który zdobędzie – bo ja wiem – dwa, trzy medale, ale też dwa, trzy razy będzie piąty, szósty, a raz nawet dziesiąty. Czy kontynuacja i stabilizacja nie są warte, żeby czasami przetrwać porażkę? Zwłaszcza w koszykówce, gdzie konkurencja jest tak ogromna, gdzie państwa o potencjale Polski też czekają na medale latami albo po jednym-dwóch seria im się kończy.

Oczywiście rozliczenie za turniej/akcję, presja na trenera i zawodników, wytworzenie „kultury wygrywania”, wykluczenie możliwości lekceważenia czegokolwiek czy podejścia typu „gramy żeby grać” – to wszystko musi być!

Przekładając to na Mike’a Taylora: po wygranych dwóch kwalifikacjach z łącznym bilansem 10-2 (pierwsze miejsca w grupie) oraz po EuroBaskecie 2015 z bilansem 3-3 i porażką w play-off z późniejszym mistrzem, nawet największym krytykom wypadałoby siedzieć cicho i rzeczywiście czekać na jakąś wpadkę czy niepowodzenie. Dla mnie poważnej wpadki ani niepowodzenia jeszcze nie było. A kontynuacja i stabilizacja dają nadzieję, że będzie większy postęp niż przy jakichś kolejnych zmianach.

Otwieram kolejny wątek. Przy okazji dyskusji o Taylorze rozwinęła się rozmowa, co jest „szałem” dla trenera kadry, skoro przy tym trenerze w kadrze – jak twierdzą niektórzy – „szału do tej pory nie było”. Inaczej mówiąc, tak to odebrałem, co w ostatnich latach było sukcesem dla polskiej reprezentacji. Odpowiadał użytkownik 2takty i mnie zdziwił, bo myślałem, że cofniemy się co najmniej do 1997 roku, a padło, że w 2009 roku wygraliśmy mecz z Litwą, a w 2011 roku mecz z Turcją.

Dla mnie to dziwne. Bo to oczywiście świetne wyniki. Ale jednak tylko pojedyncze mecze.

W obu tych turniejach – pomijam już fakt, w jakich składach grały wtedy Litwa i Turcja – były to nasze ostatnie zwycięstwa. Ich siła rażenia została zmarnowana przez brak kolejnych wygranych, czyli w 2009 przez porażki z Turcją, Słowenią, Serbią i Hiszpanią, a dwa lata później z Wielką Brytanią, po której wypadliśmy z gry. Więc do mnie to nie przemawia. Wolę drużynę, którą – takie mam wrażenie – mamy teraz, z Taylorem, która ma na tyle dobry skład i cechy dodatkowe (o tym niżej), że z każdym może powalczyć, nie tylko w pojedynczym meczu. Owszem, pojedynczego meczu z Wielkim jeszcze nie wygrała, ale miała tylko dwie szanse, z Francją i Hiszpanią w 2015 roku. W obu pokazała świetny basket i grała o wygraną, z Francją do końca, z Hiszpanią do 30. minuty mimo popisów Gasola.

Dla mnie szał był, ale niepełny, tylko raz za mojego świadomego koszykarskiego życia (od 1986 roku). Za Eugeniusza Kijewskiego na EuroBaskecie w 1997 roku, od którego zacząłem te wywody. Wygraliśmy z Łotwą, ale później też z Niemcami, Chorwacją i Turcją. Styl? Jakość gry? Taktyka? Wykorzystanie potencjału graczy? Niech każdy oceni sam, można na youtube znaleźć film z całym meczem ćwierćfinałowym z Grecją, na którym moim zdaniem widać wszystko. Ale przestrzegam, tak jak przy Marcinie Gortacie, nie ma żadnego sensu krytykować czy mieć jakieś uwagi np. do Macieja Zielińskiego, że w tym meczu miał pięć strat, trafił 3/13 z gry czy podejmował słabe decyzje. Taka opinia byłaby absurdalna, niesportowa i absolutnie poważnie odmawiam ewentualnej dyskusji na tym poziomie. Tylko szacunek!

Co do drużyny z 1997 roku też zastrzeżenie. Drużyna, która wygrała tyle meczów, dostała lanie od Jugosławii (-28), Hiszpanii (-43) i Litwy (-21), a także wyraźnie przegrała z Włochami i Grecją. Wtedy byliśmy moim zdaniem w takim punkcie, że w 1999 roku mogło być lepiej. Że już niektórych meczów nie trzeba by było odpuszczać, a w niektórych meczach do entuzjazmu, świetnego biegania, atletyzmu i rzucania za trzy można było dołożyć dużo więcej. Niestety, do kolejnego EuroBasketu nie awansowaliśmy i wszystko się rozpadło.

Ale właśnie na tych obserwacjach buduję swój optymizm na 2017. Obecna grupa ludzi już poniosła porażkę (choćby w 2013), która jest konieczna przy prawdziwym postępie, jest długo razem, zobaczyła, jak jest blisko czegoś wielkiego, i w moim przekonaniu trzech meczów w wymiarze „minus 20 lub więcej” nie przegra na jednym turnieju, z kimkolwiek by nie grała. A ma szansę wygrać ich więcej niż cztery z dziewięciu, jak to było z kadrą z 1997 roku.

Wracając do oceny hasła „trener zawiódł”. Jest oczywiste, że to wszystko można oceniać zupełnie inaczej z perspektywy potrzeb polskiej koszykówki. Tu spojrzenie wręcz musi być całkiem inne. Kiedy siatkarze kończą mistrzostwa Europy poza ósemką (dwa razy na pięć turniejów w ostatnich 10 latach) czy piłkarze ręczni w mistrzostwach świata są na 17. miejscu (tegoroczny turniej) jest słabo, kibice psioczą, ale siatkówka i piłka ręczna nie znikają z oka publiczności. Koszykówka jest w tym miejscu, że MUSI zrobić medal w mistrzostwach Europy lub przynajmniej o niego walczyć, wystąpić w decydującym turnieju o igrzyska lub w mistrzostwach świata, żeby pomarzyć o wejściu w zasięg wzroku kibiców. Podkreślam, to niczego nie zagwarantuje, ale może pomóc. I w tej kategorii można każdego trenera prowadzącego Polskę na EuroBasketach określić mianem „zawód”, bo żaden z nich nie stał się Lozano czy Wentą koszykówki – nie wyniósł polskiej koszykówki reprezentacyjnej tam, gdzie jej miejsce, czyli – jak wszędzie – na drugim miejscu za piłką nożną.

Ale nie mylmy zawodu z tego powodu, że koszykówka nie jest popularna, z zawodem wynikającym z gry i wyników kadry koszykarzy.

W tym momencie w paru akapitach o tym, za co cenię obecną reprezentację, a tym samym Mike’a Taylora, a w tle także Marcina Widomskiego (uważam za uczciwe, żeby to nazwisko dodać), z którym mogę się różnić w kilku sprawach, ale którego rola w budowaniu reprezentacji i jej poniższych atutów w ostatnich latach jest niewątpliwa.

Po pierwsze, entuzjazm i pozytywna aura. W tej kadrze wszyscy chcą grać (dla mnie np. pozytywem jest duża liczba niezadowolonych, że ich w kadrze brak), dobrze w niej być, gra porządne sparingi, toczy solidne przygotowania, pomaga kontuzjowanym, rozwija umiejętności i ma sensowne zarządzanie ludźmi. Ewentualne sukcesy (jeszcze ich nie było) mogą jeszcze podciągnąć atmosferę, sprawiającą już teraz wrażenie dobrej. Świetnym przykładem tej cechy Taylora było traktowanie cierpiącego (sportowo!) Macieja Lampego w meczu w Estonii rok temu. Nie mógł trafić żadnego rzutu, ale Taylor – bez szkody dla wyniku – zostawił go na boisku, nie pozwolił się sfrustrować, doczekał pozytywnych akcji i dał znak zaufania wrażliwemu pod tym względem graczowi, pozwolił kolegom dać wsparcie. Nie ma chyba niczego lepszego, co mogłoby spotkać sportowca w trudnym momencie od trenera. To mała rzecz, wycineczek, ale mi ogromnie zaimponowało. W tym aspekcie reprezentacyjna gleba została dobrze nawieziona. A nie zawsze tak było, a wręcz – w ostatnich trzech dekadach rzadko tak było.

Po drugie, jest system, koncepcja, myślenie, koszykówka ludzi inteligentnych. Co więcej – żywa, bo Mike Taylor, dobrze przygotowany do pracy głównego trenera (bywał nim w klubie europejskim i amerykańskim, był asystentem w kadrze), wie dobrze, że w pracy trenera są dobre i złe pomysły. I ze złych się potrafi wycofywać, co ja uważam za znakomitą cechę dla szkoleniowca. Są tacy, co z tego robią zarzut. Kompletnie się nie zgadzam. W każdym razie, metodyczna praca szkoleniowa, wręcz nauczycielska, wprowadzenie zasad boiskowych, dostosowanie gry w ataku do potrzeb i umiejętności zawodników, dobrze poukładana obrona – uważam, że tutaj Mike Taylor jest szczególnie mocny. To wygrywało nam trudne mecze, z Niemcami, Rosją, Bośnią, Finlandią, Estonią, gdy wciąż nie mamy aż tak wielu koszykarzy z poziomów ligowych jak te kraje (poza Estonią). I nawet zdając sobie sprawę, że nie wygraliśmy pojedynczego spotkania ani z Hiszpanią, ani z Francją, mam wrażenie, oglądając mecz, że każdy z zawodników gra na swoim maksymalnym lub bliskim tego poziomie, a jako zespół wyglądamy lepiej niż wynik dodawania umiejętności zawodników. Ale tu też – nie zawsze tak było, a wręcz – w ostatnich trzech dekadach rzadko tak bywało.

Po trzecie, może mniej ważne, ale choćby Jacek Łączyński o tym mówił, więc warto: Mike Taylor jest pierwszym od lat trenerem kadry, który regularnie wchodzi w interakcje z innymi trenerami i ludźmi środowiska koszykarskiego. Od lojalnego i działającego wspólnie sztabu kadry zaczynając, po dwa już kolejne (rok po roku) sztaby kadry B współpracujące pod batutą Taylora, obecność na klinikach licencyjnych trenerów ligowych, odwiedziny w SMS PZKosz Cetniewo i inne tego typu akcje. Nie jest obecny w Polsce cały rok, ale kiedy jest, krąży po kraju, merytorycznie i otwarcie rozmawia o kadrze, taktyce, strategii, zarządzaniu personelem z ligowymi trenerami, zawodnikami, działaczami, dziennikarzami, każdym, kto o rozmowę poprosi. Nie zawsze robi to publicznie. W mediach pielęgnuje raczej wizerunek słonecznego Amerykanina z dobrym, często na wyrost, słowem dla każdego. Ale to nie publiczny wizerunek jest najważniejszy. Pod tym względem nie mam wątpliwości – nigdy w ostatnich trzech dekadach tak nie było.

Po czwarte, Mike Taylor moim zdaniem potwierdził przez trzy ostatnie lata, że był idealnym trenerem na tamten moment, traumy po 2013 roku. Głodny, wierzący, że podbije świat, przygotowany merytorycznie, po doświadczeniach z kadrą Czech, był nam potrzebny zamiast krajowych wynalazków ligowych, które gasły szybciej niż rozbłysły, lub „uznanych” trenerów ze średniej półki europejskiej, którzy po pracy w Polsce szli już raczej tylko w dół, niestety (Katzurin, Pipan, Bauermann). Na lepszych trenerów nas nie stać, a od Taylora – wystarczy zapytać zawodników – nadal można się sporo nauczyć. Zanim zatrudnimy lub wylansujemy następnego Obradovicia, Blatta czy Messinę, moim zdaniem świetnym pomysłem było zrobienie kroku w tył i poszukanie własnej drogi, a to zrobiliśmy z Taylorem. I tu też takiego pomysłu nigdy wcześniej, nie tylko w ostatnich trzech dekadach, w polskiej kadrze nie było.

Oczywiście, Mike Taylor ma swoje wady, jak każdy. Zaznaczam, że nie będę ich wymieniał, ale zdaję sobie sprawę z ich istnienia. To nie ma być laurka dla Taylora, wręcz odwrotnie – odparcie ataku na niego, który na TT był zawarty w jednym czy dwóch zdaniach, ale na przykład wylał się szerokim strumieniem z wywiadu Jacka Łączyńskiego dla sport.tvp.pl, z którym się maksymalnie nie zgadzam (i na tym poprzestanę). Dlatego – także z grzeczności! – o wadach Taylora tutaj nie będzie. Chodzi mi o to, że pozytywów jest sporo, a one wszystkie składają się w mojej głowie w to, że polską reprezentację koszykarzy widzę w 2017 roku jako zapowiadającą się na dobrze przygotowaną do walki o coś więcej niż dziewiąte miejsce w Europie.

To są moje oceny wynikające z opiniowania, przemyśleń w mojej dziupli. 2takty, Jacek Łączyński, Piotr Szybilski, Andrzej Jankowski, Michał Pałkowski, rzutosobisty, czy wreszcie sam Marcin Gortat i ktokolwiek inny mogą mieć zupełne inne spojrzenie. A nawet dobrze by było, gdyby to inne spojrzenie mieli – to oczywistość i żadna moja łaska! Weryfikację w faktach, a także więcej materiału do opinii i ocen, będziemy mieli podczas EuroBasketu 2017 w Finlandii i – oby! – Turcji, po czterech latach pracy Taylora. (Przy okazji – świadomie w całym tym tekście pomijam jakiekolwiek sparingi i mecze przygotowawcze – one mogą być tylko przyczynkiem do dywagacji przed imprezą główną w danym roku, po imprezie głównej tracą jakiekolwiek znaczenie). Pozytywne nadzieje mogą się zmienić na negatywną ocenę, jeśli nie wyjdziemy z grupy na EuroBaskecie 2017, albo nawet jeśli znów padniemy w 1/8 finału i nie wejdziemy do ćwierćfinału.

Ale znów – nie dajmy się zwariować i wepchnąć w tabelkę z excela z „planowaniem sportowym”. Ta reprezentacja Polski to nie klub z budżetem na mistrza! Ona ma nam dać przede wszystkim dumę z gry, wielkie emocje, coraz lepszych zawodników, poczucie wykorzystania wszystkich możliwych szans. Jeśli te cztery elementy zadziałają, wynik (konkretne miejsce) i popularność koszykówki powinny być skutkiem. Ale jak to w sporcie, jeden słupek czy poprzeczka, jedno potknięcie, jedna kontuzja i wszystko może się zmienić. Zawsze trzeba o tym pamiętać.

Spadki, dzikie karty, awanse, liczba drużyn – czy jest prowizorka w PLK?

Polskikosz.pl nieustannie inspiruje.

Teraz tekstem z 22 czerwca http://polskikosz.pl/polska-liga-permanentnej-prowizorki/ prowokuje do odpowiedzi i myślenia, a dodatkowo zainspirował dyskusję na Twitterze – pośrednio związanej – o dzikich kartach do PLK.

Uważam, że zarzuty wobec PZKosz (za PLK też? ok, jest głównym udziałowcem) w tej mierze postawione przez Polskikosz.pl są kompletnie chybione.

Byłem przy wielu ważnych decyzjach w sprawie liczebności lig, pracując w PLK w latach 2010-2013, więc mogę z pełną jasnością o tych faktach mówić.

W 2010 roku mieliśmy chyba najsłabszą PLK w historii, słabo oglądaną w bodaj 30 w sezonie transmisjach w TVP Sport. W finale z hegemonem z Gdyni zagrał Anwil Włocławek, którego najlepszym strzelcem był Nikola Jovanović, a dwaj kluczowi rezerwowi z USA byli tacy, że w wieku poniżej 30 lat od razu zakończyli koszykarskie kariery. Brąz wywalczyła Polpharma Starogard, której pierwszym rozgrywającym był Brody Angley, najlepszym zawodnikiem Tony Weeden, a kluczowymi zmiennikami Tomasz Ochońko i Piotr Dąbrowski. Z pełnym szacunkiem.

W lidze grały jeszcze zespoły z Sopotu, Zgorzelca, Koszalina, dwa z Warszawy, Słupska, Poznania, Jarosławia, Stalowej Woli, Kołobrzegu i Inowrocławia. Warto tę listę przeczytać dwa razy. Bogatych tu nie było zbyt wielu.

Wtedy powstał pomysł, żeby wzmocnić kluby poprzez danie im „nieśmiertelności” na 3 lata, w zamian za pewne warunki ze strony PLK/PZKosz. M.in. większą liczbę Polaków, stawianie na frekwencję, większe hale, podwyższenie standardów, powrót meczów gwiazd i ciekawszego Pucharu Polski. Ubraliśmy to w nagrody, zniżki od wpisowego, poprawialiśmy z roku na rok ekspozycję w telewizji (liczba transmisji, oglądalności). Dwa takie cykle trzyletnie od 2011 roku do 2017 roku się odbyły.

W tym czasie – o czym zdaje się zapominać Polskikosz.pl – priorytetem było nie to, ile drużyn będzie w PLK, ale to, jak silne one będą. Przez te sześć lat zakładaliśmy, że trzeba wzmocnić istniejące i wciągnąć do góry obiecujące, bez względu na to, ile ich ma być. System rozgrywek się dopasuje do liczby mocnych drużyn. Dopóki nie przeładujemy ligi, poradzimy sobie, a koszykówka zyska nowe silne ośrodki. I to się stało.

Stąd też się wzięły różne liczby drużyn w rozgrywkach. Z tym, że co to za skoki, tak naprawdę… Polskikosz.pl cytuje ciąg liczb: 17, 17, 16, 12, 12, 13, 12, 14, 14, 13, 14 jako kolejne liczby drużyn w PLK w latach od 2017 w tył. Sprostowanie. Prawdziwy jest taki: 17, 17, 16, 12, 12, 14, 12, 14, 14, 13, 14, z czego wynika, że poza skokiem w 2014 roku (4 dzikie karty, z 12 na 16) w zasadzie nic się nie zmieniało decyzją PZKosz. Bo my w pozostałych latach po prostu traciliśmy drużyny i to te słabe. W 2010 roku padły Znicz Jarosław i Stal Stalowa Wola, rok później Polonia Warszawa, w 2012 roku Śląsk Wrocław (administrowany przez WKK), PGB Basket Poznań, AZS PW Warszawa i ŁKS Łódź, w 2013 Start Gdynia. Chętnych na ich miejsce nie było tylu, żeby dobić do 14. Wystarczy tę listę klubów przeczytać jeszcze raz i widać, że poza Śląskiem (inna historia), nie były to kluby pasujące do PLK, zwłaszcza budżetowo, często organizacyjnie. Mimo braku spadków – spadły.

Na marginesie, w obecnej (stan na koniec czerwca 2017) szesnastce klubów PLK – mimo mankamentów (hale w Radomiu, Ostrowie, frekwencja w Szczecinie) – trudno mi znaleźć środowisko, które bez żalu należałoby pożegnać z PLK. Bodaj najwięcej słabości miała swego czasu Polpharma Starogard, ale po powrocie prezesa Jarosława Poziemskiego ostatni sezon sportowo, organizacyjnie i entuzjastycznie był na Kociewiu jak najbardziej OK. Też byłoby ich żal. Więc kogo wyrzucać?

Wróćmy do wątku ostatnich siedmiu lat PLK. Moim zdaniem jedyny kontrowersyjny ruch to było w 2014 roku wciągnięcie do PLK czterech klubów poza awansującym Polfarmexem Kutno. Były to Polski Cukier Toruń, MKS Dąbrowa Górnicza, King Szczecin i Start Lublin. Celem było wzmocnienie słabej (diagnoza z 2010 roku) ligi i wciągnięcie do niej nowych, bogatych ośrodków, które są w stanie wygenerować milionowe budżety, dzięki samorządom, dzięki wielkim halom. One czekały wtedy w coraz bardziej nerwowej kolejce! Pamiętam spotkanie z klubami 1 Ligi Mężczyzn chyba w 2013 roku, gdzie rej wodziły kluby z Torunia, Lublina, Szczecina. Kłóciły się o system gry w 1 Lidze, o awans, na który oni i pięć innych klubów miały chęć, bo wszystkie ich miasta chciały dawać miliony na koszykówkę – ale tylko w ekstraklasie. Teraz wszyscy ci działacze to barwne postacie w PLK i słusznie.

Po trzech latach od tego przyznania dzikich kart – poza lublinianami, którzy też budżetowo nie odstają i ściągają na swoje mecze sporo widzów – mamy w tym gronie wicemistrza Polski i cztery starty w play-off, a cała czwórka ma budżety daleko wyższe niż minimalnie wymagane 2 mln zł, tysiące widzów na meczach i wielkie ambicje. Trzeba też doliczyć do tych wciąganych za uszy Rosę Radom, która nie wywalczyła awansu na boisku w 2012 roku. To też wicemistrz PLK i w pięć lat trzykrotny półfinalista. Co ciekawe, to właśnie sportowo awansujący wtedy Polfarmex Kutno miał ostatnio największe kłopoty z budżetem i utrzymaniem poziomu PLK.

Od 2012 roku do ligi dołączyły więc (awansem i zaproszeniem) – Rosa Radom, Śląsk Wrocław, Polfarmex Kutno, Polski Cukier Toruń, King Szczecin, Start Lublin, MKS Dąbrowa Górnicza, BM Slam Stal Ostrów, Miasto Szkła Krosno i obecnie Legia Warszawa. 10 klubów, z czego dwa się nie ostały, a w dwóch ostatnich play-off (2016 i 2017) grały zawsze po cztery z nich, czyli połowa!

Gdyby było „po bożemu” i bez rzekomej „prowizorki”, w latach 2013-2017 z tej dziesiątki awansować do PLK mogłoby maksymalnie pięć. W 2013 roku byłby to pewnie Śląsk, rok później może wreszcie Rosa (a może Kutno?), później – najwcześniej w 2015 – ewentualnie Toruń, w 2016 może Start i wreszcie teraz Legia. Wychodzi, że trzeba by się obejść na przykład bez MKS, Kinga i zapewne Stali Ostrów, a na pewno bez Krosna.

Czy to można nazwać prowizorką? Może i tak. Ale czy to wyszło na dobre PLK i całej polskiej koszykówce? Na sto procent tak.

Na ołtarzu korzyści dla polskiej koszykówki, wymiana Jarosławia, Stalowej Woli, Kołobrzegu, Inowrocławia i słabej Polonii Warszawa na te osiem klubów, które obecnie są w szesnastozespołowej PLK – warto było nawet zapłacić za to jakimś tam chaosem w rozgrywkach przez te lata!

Ja nawet rozumiem złość autora na pogłoski o dołączeniu do PLK drużyny nr 17 z Gliwic (a przy okazji nr 18 z Kutna). Nie wiem, czy te pogłoski są prawdziwe. Na ten moment wiem, że PLK planowała – i to wiele razy głośno ogłaszała – od teraz na stałe (na lata!) z powodu okienek na mecze reprezentacji mieć 16 drużyn. PZKosz właśnie postanowił (ogłoszone w środę), że od teraz stale (na lata!) w 1 Lidze Mężczyzn będzie grało 16 drużyn, ale ponieważ w tym sezonie po spadkach z ekstraklasy prawo gry w 1LM ma 17 drużyn, przejściowo – dla równego rachunku – w sezonie 2017/2018 wystąpi 18 zespołów. Tylko na rok.

Model 16+16 na lata. Spadki i awanse stabilnie ułożone. Jasne zasady. To właśnie ustalono. To jest strategia PZKosz.

I w tym momencie właśnie tekst uderzający w PZKosz w tej sprawie?

No cóż…

Kadra B czyli ma to sens

Parę zdań w kontekście tego tekstu: http://polskikosz.pl/kadra-c-a-k-a-rozszerzona-reprezentacja-rusza-podbijac-chiny/.

Od wielu lat jestem orędownikiem stworzenia kadry B i cieszę się bardzo, że to ruszyło rok temu. Nie interesują mnie aspekty inne, niż tylko sportowe. Wyjazd na 9 meczów do Chin, granie z w miarę równorzędnymi rywalami, przydało się moim zdaniem zarówno uczestniczącym wtedy koszykarzom, skład można sprawdzić, jak i trenerom. Mało kto pamięta, że rok temu głównym trenerem był Marek Łukomski, a jego asystentem – jeszcze przed awansem w Zielonej Górze – Artur Gronek. Każde takie doświadczenie jest ważne, a ogranie w innych niż klubowe role dla trenerów i zawodników – bezcenne.

Przypomnijmy może, że rok temu w Chinach grali Mazurczak, Grochowski, Kowalczyk, Matczak, Żołnierewicz, Zyskowski, Bartosz, Nowakowski, Trojan, Parzeński i Kostrzewski. Kilku z nich nie zyskało, ale znakomita większość miała dobre sezony ligowe, coś zyskali. Na razie nikogo nie będzie (chyba) w kadrze A, ale ja osobiście uważam, że co najmniej Filip Matczak i Przemysław Żołnierewicz kiedyś w kadrze A zagrają.

Ta kadra B musi być coraz lepsza (tegoroczna moim zdaniem jest) i dążyć w kierunku uczestnictwa w Uniwersjadzie (rozgrywanej co dwa lata), gdzie jest odpowiedni poziom sportowy i organizacyjny, żeby pewne rzeczy przećwiczyć na boisku i poza nim. (A wymóg „studiowania” jest obchodzony właściwie przez wszystkich, większość traktuje to jako Kadrę B właśnie). Niestety – inaczej niż w żeńskiej odmianie – na razie męska kadra B na Uniwersjadę nie jest w stanie się dostać, a szkoda. Może w 2019 roku.

A teraz co do wyboru zawodników. Autor tekstu powyższego pomylił chyba niektóre aspekty i cele tej kadry.

Moim zdaniem nie ma żadnego sensu, żeby w niej grali zawodnicy w wieku 27-31 lat, którzy mają za sobą mocny sezon ligowy (dużo minut) i których mimo doskonałej znajomości atutów i słabości trener kadry A Mike Taylor w reprezentacji nie widzi. Nie znam listy na zgrupowanie kadry A w Wałbrzychu, ale byłbym zszokowany, gdyby na niej znaleźli się wymienieni w tekście polskikosz.pl Paweł Leończyk (31 lat), Kamil Łączyński (28) i Jarosław Mokros (27). Co zatem dałoby im i decydentom z PZKosz granie tych zawodników w Chinach z kadrą B?

Po drugie, Michał Michalak zapewne w kadrze A na zgrupowaniu będzie i powalczy o miejsce w składzie, więc jaki sens miałoby branie go na trzytygodniowe intensywne granie/trenowanie w czerwcu/lipcu? Skoro ma szansę ciężko pracować od połowy lipca do połowy września z Mike Taylorem i zagrać na EuroBaskecie, to może lepiej, żeby teraz odpoczywał?

I tu przechodzimy do najważniejszego – byłoby bez sensu, gdyby kadra B miała być „eliminacjami” do kadry A w tym samym sezonie. Za dużo. To element systemu pracy z zawodnikami. 16 czy 18 w kadrze A (12 pojedzie na EuroBasket), 13 w kadrze B i kolejnych 16 w reprezentacji U20 (12 pojedzie na ME) – to jest już fajna grupa zawodników, którzy pracują w wakacje pod opieką PZKosz i z której budujemy reprezentacje teraz i w przyszłości. Dwie pierwsze grupy składają się z zawodników, których nazwiska przeszły przez decyzje Mike’a Taylora i tak powinno być.

A za rok stworzymy nowe grupy, mając kolejne informacje o tym, jak na szczeblu międzynarodowym i w cyklu turniejowym zachowują poszczególni zawodnicy i trenerzy.

Ode mnie brawo. Także grupa zawodników w kadrze B bardzo fajna. Na pewno brakuje Marcela Ponitki i Dominika Olejniczaka (był też Maciej Bender), ale ten pierwszy (Bender też) ma przecież jeszcze kadrę U20 (czy w niej będą, inne pytanie), a Olejniczak – z tego co wiem – był zobligowany do zajęć na amerykańskiej uczelni. Niech pograją i pouczą się ci, których ma pod opieką Przemek Frasunkiewicz. Miłego pobytu w Chinach!

Za mało, za mało, za mało…

Dzisiaj o dylematach telewizyjnych w kontekście koszykówki.

Przeczytałem właśnie kolejne kilka wpisów na twitterze w sprawie „jak to możliwe, że Polsat nie pokazuje meczów o brąz” i podobnych…

Ja czasami patrzę na to kompletnie bezradny, bo znów mi się wydaje, że dość łatwo włączyć sobie ciąg logiczny, który doprowadza do tego, dlaczego np. meczów o brąz nie pokazujemy. Ale może warto potłumaczyć raz jeszcze.

No to po kolei.

W play-off PLK jest rozgrywanych 40 meczów.

Za moim udziałem – wtedy pracowałem w biurze PLK – i przy buncie klubów sześć lat temu wprowadziliśmy zasadę, że w ćwierćfinale gra się co dwa dni, żeby można to było pokazywać w telewizji jak najszerzej. Wcześniej w ćwierćfinale cztery mecze były rozgrywane równocześnie.

W kolejnym etapie udało się doprowadzić do tego, że wszystkie mecze ćwierćfinałów „nietelewizyjne” pokazywaliśmy w przekazach internetowych i to w ten sposób, żeby – w miarę możliwości – nie pokrywały się z meczami telewizyjnymi.

Przez kilka lat nie udało się przekonać telewizji (najpierw TVP, później Polsatu), żeby pokazać mecze we wszystkie 10 dni ćwierćfinałowych. Zawsze musieliśmy z czegoś zrezygnować, na ogół na początku rywalizacji, bo przecież trzeba pokazać wszystkie mecze 4 i 5. Limity kosztów na produkcję i wpuszczenie meczu na antenę są zawsze, czy płaci TVP, Polsat czy PLK.

W tym sezonie wreszcie dostaliśmy transmisje TV we wszystkich 10 terminach.

Dodatkowo nakłoniliśmy emocje.tv do wzbogacenia wszystkich przekazów internetowych, były to transmisje z komentarzem i powtórkami, a nie tylko „okno do hali”.

Półfinały i finały mamy live od kilku lat i udało się to utrzymać. Też nie było to oczywiste. Wiele razy były propozycje, żeby np. meczów 1 czy 2 nie pokazywać „bo w innych ligach tak nie robimy”.

Mecze o brąz? O ile TVP swego czasu była zainteresowana pokazywaniem przynajmniej drugiego i ewentualnego trzeciego meczu, to szefów Polsatu (pracujemy przy PLK z tą stacją od 2013 roku) do tego się przekonać dotąd nie udało. Woleli walkę o mistrzostwo – czyli także ćwierćfinały i półfinały – w jak najszerszej formie. Ja też prawdę mówiąc podzielam to zdanie – skoro trzeba było wybrać. Ale rozumiem inne zdanie.

Tak czy owak, w tym roku można było zobaczyć w telewizyjnych transmisjach play-off PLK w Polsacie Sport lub Polsacie Sport Extra 27 meczów, a pozostałe 13 w emocje.tv „prawie jak w telewizji”.

Czy jest jakaś liga w Polsce (kosz, siatka, ręczna, hokej), która daje dostęp wideo kibicom do wszystkich swoich meczów play-off?

Czy jest jakaś liga w Polsce, która pokazuje 27 meczów play-off w telewizji?

Odpowiedź jest prosta. NIE i NIE.

Większość pozostałych konkurujących z PLK lig drastycznie skróciło swoje play-off, np. w piłce ręcznej rozgrywane jest 16 meczów od ćwierćfinałów, a w siatkówce play-off o mistrzostwo to było w tym roku 8 meczów. Na ogół i tak nie wszystko można zobaczyć w TV. Myślę, że koszykarskie środowisko źle przyjęłoby tak skrócony play-off w stylu wielkich i bogatych lig piłki ręcznej czy siatkówki. Czy trzeba o tym pomyśleć, żeby uniknąć zarzutów, o których piszę powyżej?

Może w przyszłości uda się do telewizji „sprzedać” wszystkie mecze, ale na dzisiaj to niemożliwe. Nasłuchałem się w poprzednich latach, że takie pasjonujące ćwierćfinały, a Polsat robi przerwy, nie pokazuje wszystkiego. Teraz są wpisy, że ćwierćfinały nieważne, lepiej o brąz. W którą stronę by nie pociągnąć tej kołdry, będzie za krótka. A może być jeszcze krótsza, bo – jak wyżej – inni robią mniej, a koszykówka z trudem broni swoją pozycję. Oglądalności mamy przecież niższe średnio o kilka tysięcy niż rok temu, co zresztą było do przewidzenia po przejściu z otwartego wtedy Polsatu Sport News do ograniczonego zasięgiem Polsatu Sport (czasami Polsat Sport Extra).

Skoro o Polsacie Sport Extra – wylądowaliśmy tam bodaj z ośmioma (na 27 możliwych) meczami w play-off. To jest kanał o niemałym zasięgu, w którym pojawiają się pozycje, które ogląda nawet ponad 100 tys. widzów. Kanał drugiego wyboru w Polsacie Sport, gdzie często pokazywane były też inne finały lig, dużo popularniejszych od naszej, a także wiele innych transmisji z wysokiej półki, jeśli akurat pokrywały się z czymś, co było ważniejsze. Żadna ujma, że spadamy tam, kiedy grają siatkarskie reprezentacje Polski, a tak się dzieje np. podczas finału. A przecież podobne kanały „drugiego wyboru” ma NC+ (tam przecież bywa najczęściej koszykówka, a także piłka ręczna), nie ma go zaś np. TVP Sport.

A dostęp? Promocja koszykówki? W tej chwili ligi w Polsce nie są elementem promocyjnym. Są po to, żeby zarabiać. Przecież NC+ pozyskując prawa do innych lig nie robi tego dla promocji dyscyplin, ale żeby zarobić. Udostępnia mecze swoich lig dla tych, którzy mają dekodery lub wykupione ich kanały w kablówkach. A Polsat ma swoją platformę, dla której abonentów mecze PLK są dostępne bez problemów w wysokiej jakości. Obyśmy nadal byli elementem oferty, który ktoś uzna za pożądany.

I jeszcze jeden mój ulubiony argument. „Czemu nie leci mecz, skoro na Polsacie Sport leci powtórka ligi chińskiej”. Naprawdę? To jest przemyślane? Wiele razy o tym pisałem: mieliśmy na ten sezon w planie 90 transmisji, po zmianach zostało 70, na antenach Polsatu. To jest bardzo dużo. Tyle mniej więcej mają dużo bogatsze i dużo chętniej oglądane ligi. Ten limit trzeba jakoś rozłożyć. Każdy mecz kosztuje. Nie da się pokazać 100 albo 200 meczów, bo w Polsacie Sport akurat nic nie leci. Tak to nie działa.

Staram się nie przejmować pojedynczymi lub liczniejszymi głosami kibiców na twitterze, gdyż nie mam poczucia, że zaniedbaliśmy pracę intelektualną oraz zespołową (na różnych szczeblach) podejmując decyzje o tym, jak wygląda PLK w telewizji. Czasami brakuje pieniędzy, czasami nie ma miejsca na antenie, ale robimy co możemy. Wszystkie głosy jednak trzeba brać pod uwagę zawsze i to robię. Epitety o „idiotycznych wyborach” czy „kpinach” są bolesne, ale ja się podobnymi nie odwdzięczę.

Mam wrażenie, że reputacja ligi działa tu najbardziej. Zła reputacja. Ta, która powoduje, że te same działania innej ligi byłyby oceniane jako pozytywne.

Kiedyś pokazywaliśmy mecze PLK w otwartym PSN w rozdzielczości SD – była mocna krytyka, czemu nie w Polsacie Sport, że kręcone kalkulatorem…

Pokazujemy w HD w Polsacie Sport – jest krytyka, że w kodowanej stacji…

Pokazywaliśmy mecze o 20.00 – była ostra jazda, że za późno, że dzieci idą spać, że nie ma jak wrócić…

Pokazywaliśmy o 12.30 – za wcześnie.

Pokazujemy o 17.45 – czytam o „kuriozalnych porach”. Naprawdę?

Pokazujemy mecze w długi weekend – skandal! Są kluby, które niemal żądają zadośćuczynienia za taki terminarz, bo tracą na biletach.

Pokazujemy mecze w dni powszednie – „kto ma to oglądać? – mamy pracę, szkołę itp.”.

Pokazujemy w sobotę w upalne wiosenne dni – „przecież wiadomo, że ludzie są na grillach”.

I tak dalej, i tak dalej.

Nie chcę wdzięczności ani gratulacji. Nie ma za co. Ale to naprawdę przesada.

Ja bym oczywiście chciał mieć komfort tego, że szef wszechświatowego kanału sportowego będzie czekał na mój telefon, w którym podam mu wybraną przez siebie godzinę, dzień i datę meczu, a on ją pokaże na swojej najlepszej antenie.

Tak nie ma. Może kiedyś będzie.

Prawda jest taka, że wszystkie problemy znikną, kiedy koszykarski play-off PLK będzie tak dobry, że będzie tak wyczekiwany, że żadna pora, żaden dzień tygodnia, ani żadna trudno dostępna antena nie będzie przeszkodą, żeby na mecz – w hali czy przed TV – dotrzeć.

Dążmy do tego. To robimy. Na razie mam poczucie, że wyciągamy maksa z tego, co mamy obecnie.

Ja osobiście także nie mam poczucia, że coś zawaliłem. Daję maksa w przygotowaniach do transmisji, potem przy mikrofonie, a także negocjując na wszystkich frontach, żeby koszykówki w TV było jak najwięcej i żeby wyglądała jak najlepiej.

Oby zaraz nie było gorzej. Oglądajmy! Do zobaczenia!

Startuje finał PLK! Mamy typy ekspertów Polsatu!

Już w czwartek 1 czerwca początek wielkiego finału play-off Polskiej Ligi Koszykówki pomiędzy Stelmetem BC Zielona Góra a Polskim Cukrem Toruń. Eksperci i komentatorzy koszykarscy Polsatu Sport typują kto zdobędzie złoto i brąz w PLK.

Na transmisje z wszystkich meczów finałowych PLK – gra się do czterech wygranych – zapraszamy do Polsatu Sport lub Polsatu Sport Extra na ogół od 17.20. Pierwsza transmisja – w czwartek 1 czerwca właśnie o tej godzinie w Polsacie Sport. W przedmeczowym studiu pojawi się m.in. gość specjalny, były mistrz Polski ze Stelmetem i aktualny reprezentant Aaron Cel.

Finały o złoto mogą potrwać do 15 czerwca. Niemal równocześnie o brąz zagrają BM Slam Stal Ostrów Wlkp. i Energa Czarni Słupsk. Ich rywalizację do dwóch zwycięstw można będzie obejrzeć w transmisjach internetowych na stronie emocje.tv.

Ekspertami Polsatu Sport, którzy typowali finały, są Grzegorz Chodkiewicz, wieloletni trener ligowy; Rafał Juć, wywiadowca Denver Nuggets i reprezentacji Polski; Tomasz Jankowski, były koszykarz reprezentacji Polski i ligowy trener oraz komentator Polsatu Sport Adam Romański.

FINAŁ: Stelmet BC Zielona Góra (2) – Polski Cukier Toruń (4)

Typ Grzegorza Chodkiewicza: 4:1

Sześciu polskich trenerów na ławkach obu drużyn walczących o tytuł to piękna sprawa! Stelmet w decydującym meczu półfinałów pokazał swoją wartość i możliwości jakie wynikają z szerokiej kadry zespołu. Wydaje się, że dziewięć ostatnich meczów bardziej zbudowało formę zespołu niż spowodowało osłabienie dyspozycji fizycznej. Gracze zielonogórscy chyba już uznali, że żarty się skończyły, co było widać w poniedziałek. Polski Cukier po pewnych zawirowaniach formy wrócił do bardzo dobrej dyspozycji, ale na tle Stelmetu nie ma atutu, który mógłby zadecydować i przynieść sukces.

Typ Tomasza Jankowskiego: 4:3

Zielonogórzanie przeszli trudną drogę do upragnionego finału. Zaledwie uchronili się od „obciachowego” piątego meczu z Polpharmą, która zaciętością i oddaniem zaskoczyła mistrza. W półfinale już w pierwszym meczu było bardzo nerwowo, nawet na 16 sekund przed końcowym gwizdkiem. Seria w Ostrowie to chyba najsłabszy Stelmet od wielu lat. Są na pewno trochę zmęczeni. Nawet wypowiedzi samego właściciela klubu wydawały się jakby trochę wycofane. To wszystko jednak może zadziałać bardzo pozytywnie i scementować drużynę, która wyglądała „tak sobie”. Potwierdzeniem niech będzie uśmiech Łukasza Koszarka po piątym spotkaniu, tak rzadko ostatnio goszczący na jego twarzy.

Seria finałowa zapowiada się jednak bardzo ciekawie. Torunianie są teoretycznie lepsi od Stelmetu! Na przekór niedowiarkom i ekspertom łatwo rozprawili się z Rosą, odrabiając dwukrotnie spore straty. Następne 3:0 było potwierdzeniem dobrej passy ekipy „Ślimaka”, mimo wyczerpanego rywala. Mają moc pod koszem i NBA na obwodzie. Ich marzenia mniej lub bardziej niespodziewanie zaczęły się spełniać. I wygląda na to że najważniejsze chyba jeszcze przed nimi.

Typ Rafała Jucia: 4:2

Choć Polski Cukier nie przegrał jeszcze ani jednego meczu w fazie play off, to w mojej opinii to Stelmet jest faworytem do mistrzostwa. Za zielonogórzanami przemawia wszystko – budżet, mistrzowskie doświadczenie, najlepsza polska rotacja oraz przewaga własnego parkietu. Pytanie tylko jak Stelmet poradzi sobie ze zmęczeniem i krótką przerwą pomiędzy półfinałami a finałem? Torunianie mieli pięć dni wolnego więcej. Czy Stelmet przygotuje się taktycznie do tego pojedynku w dwa dni?

Warto jednak zwrócić uwagę, że po transferach Jarosława Mokrosa i Filipa Matczaka, trener Artur Gronek jeszcze chętniej sięga do ławki – tylko w jednym z pięciu ćwierćfinałowych meczów jakikolwiek gracz Stelmetu spędził na parkiecie ponad 30 minut – był to Vladimir Dragičević w starciu numer 1. W tej ekipie zawodnik, który wyszedł w pierwszej piątce może zagrać tylko kilka minut, a ktoś kto nawet nie wszedł w pierwszej połowie, wygrać mecz.

Szukając przewag Polskiego Cukru nie sposób wspomnieć o ich formacji podkoszowej Krzysztof Sulima – Cheikh Mbodj. Stelmet aż trzykrotnie przegrał walkę o zbiórki ze Stalą i zdobywał średnio mniej punktów spod kosza niż rywale w półfinałowej serii. Polski Cukier to na pewno wykorzysta! Jestem bardzo ciekaw jak Stelmet będzie chciał zatrzymać Kyle’a Weavera, w mojej opinii najlepszego gracza w fazie play off. Trener Gronek ma świetnych obrońców na obwodzie, jak choćby Przemysława Zamojskiego czy Armaniego Moore’a, ale na Weavera to może nie wystarczyć – potrzeba będzie skupienia i pomocy całej drużyny.

Kluczem dla Stelmetu w tej serii będzie znalezienie recepty na zwycięstwa na wyjeździe. Zwłaszcza w serii ze Stalą zielonogórzanie grali w domu i na wyjazdach niczym dwie inne drużyny. W tegorocznych play off mistrzowie Polski rzucają średnio 91,0 pkt. przed własną publicznością i tylko 68,8 w gościach.

Typ Adama Romańskiego: 2:4

Skoro wszyscy widzą mistrza w Stelmecie, to mi wypada podkręcić atmosferę przez typ odwrotny. Niewiele miałem wiary w toruńską drużynę przed tym play-off, ale wygrała w maju wszystkie sześć meczów, demonstrując kiedy trzeba dominację, a kiedy trzeba – świetne końcówki wyrównanych meczów. Choć Stelmet w decydujących momentach jest znakomity, co pokazał w piątym meczu półfinału, to jednak nawarstwiające się zmęczenie serią z BM Slam Stalą Ostrów Wielkopolski oraz drastycznie krótszy czas na przygotowanie do finału powinny mieć znaczenie w pierwszych dwóch meczach. A jeśli po spotkaniach w Zielonej Górze będzie 1:1 (lub jeszcze ciekawiej), to będziemy mieli finał pełną gębą.

Ogólnie przed tą rywalizacją mam przeczucia podobne, jakie towarzyszyły wielkim, pasjonującym, intrygującym i zmieniającym hierarchię finałom ostatnich lat. Takim jak w 2003 roku, kiedy Anwil wyrywał tytuł Prokomowi, czy rok później, kiedy znakomity Śląsk poległ z sopocianami. Przypominają mi się także pamiętne zmagania między Prokomem a Turowem w 2008 roku, zakończone 36 punktami Milana Gurovicia, czy też w 2011, kiedy zgorzelczan prowadził Jacek Winnicki i do końca siódmego meczu toczył pasjonujący bój z hegemonem z Gdyni. Albo te finały sprzed dwóch i trzech lat między Stelmetem a Turowem, gdzie były niespodziewane zwroty akcji i odbieranie korony mistrzom.

Występ Polskiego Cukru Toruń w finale jest już niewątpliwie sensacją, ale ta drużyna ma mocnych i graczy wysokich, i małych, i ofensywnie usposobione gwiazdy, i pracowników obrony, a także szeroki skład – czyli teoretycznie wszystko, żeby o mistrza powalczyć. Liczę na pasjonujące starcia, co najmniej sześć!

O BRĄZOWE MEDALE: BM Slam Stal Ostrów Wlkp. (3) – Energa Czarni Słupsk (8)

Typ Grzegorza Chodkiewicza: 0:2

Ostrowianom będzie bardzo trudno wejść jeszcze raz na tak wysoki poziom motywacji jak w meczach półfinałowych. Wyraźnie widać, że Shawn King jest już myślami gdzie indziej, a Aaron Johnson dał z siebie 150 procent normy. W tej konfrontacji czas wypoczynku dla Energi Czarnych będzie miał decydujące znaczenie dla końcowego efektu.

Typ Tomasza Jankowskiego: 2:1

Dwie wyczerpane drużyny. Dwie gorące hale, które przy ogłuszającym dopingu potrafią bardzo pomagać swoim. Wydaje się, że świeże wspomnienie niedawnych emocji może pomóc ostrowianom. Chyba że „Master of puppets” i jego wypoczęta kamanda jest jeszcze raz w stanie wszystkich zaskoczyć.

Typ Rafała Jucia: 2:1

W mojej opinii obie drużyny zasłużyły na medal w tym sezonie. Stal walczyła przez pięć meczów jak równy z równym z głównym faworytem, a Energa Czarni przeszli do historii jako pierwsza drużyna, która ograła mistrza sezonu zasadniczego już w ćwierćfinale play-off. Więcej atutów – niesamowity Aaron Johnson, głębszy skład, siła pod koszem – ma Stal, ale pytanie czy trenerowi Emilowi Rajkoviciowi uda się wycisnąć jeszcze więcej ze swoich koszykarzy. Zwłaszcza biorąc pod uwagę problemy zdrowotne (Shawn King, Łukasz Majewski, Marc Carter) oraz aż pięć dni mniej na odpoczynek niż Czarni. Nie mogę doczekać się pojedynku rozgrywających Johnson – Chavaughn Lewis!

Typ Adama Romańskiego: 2:0

Moim zdaniem ostrowianie – nawet przy kontuzjach, które ich trapią – mają zespół o lepszej jakości niż Energa Czarni. Większy głód medali powinien w tej rywalizacji triumfować nad rozczarowaniem i zmęczeniem przeniesionym z półfinału ze Stelmetem. Jestem bardzo ciekawy, jak będą wyglądały starcia maleńkiego Aarona Johnsona z wyższym o prawie ćwierć metra rozgrywającym słupszczan Chavaughnem Lewisem.

TELEWIZYJNY TERMINARZ FINAŁÓW PLK:

Stelmet BC – Polski Cukier, mecz 1 w dniu 1 czerwca (czwartek), godz. 17.20 (studio), 17.45 (mecz), Polsat Sport
Stelmet BC – Polski Cukier, mecz 2 w dniu 3 czerwca (sobota), godz. 17.20 (studio), 17.45 (mecz), Polsat Sport Extra
Polski Cukier – Stelmet BC, mecz 3 w dniu 6 czerwca (wtorek), godz. 17.20 (studio), 17.45 (mecz), Polsat Sport Extra
Polski Cukier – Stelmet BC, mecz 4 w dniu 8 czerwca (czwartek), godz. 17.20 (studio), 17.45 (mecz), Polsat Sport
Stelmet BC – Polski Cukier, mecz 5* w dniu 10 czerwca (sobota), godz. 11.30 (studio), 12.00 (mecz), Polsat Sport
Polski Cukier – Stelmet BC, mecz 6* w dniu 13 czerwca (wtorek), godz. 17.20 (studio), 17.45 (mecz), Polsat Sport
Stelmet BC – Polski Cukier, mecz 7* w dniu 15 czerwca (czwartek), godz. 17.20 (studio), 17.45 (mecz), Polsat Sport Extra

TELEWIZYJNY TERMINARZ MECZÓW O BRĄZ PLK:

BM Slam Stal – Energa Czarni, mecz 1 – 2 czerwca (piątek), godz. 19.50 – transmisja w serwisie Emocje.TV
Energa Czarni – BM Slam Stal, mecz 2 – 5 czerwca (poniedziałek), godz. 18.20 – transmisja w serwisie Emocje.TV
BM Slam Stal – Energa Czarni, mecz 3* – 7 czerwca (środa), godz. 18.50 – transmisja w serwisie Emocje.TV

*jeśli będzie konieczny

 

Typy ekspertów Polsatu na półfinały PLK

Już w czwartek 18 maja rozpoczynają się półfinały play-off Polskiej Ligi Koszykówki. Eksperci i komentatorzy koszykarscy Polsatu Sport typują, kto awansuje do finału.

 

Na transmisje z wszystkich meczów półfinałowych PLK zapraszamy do Polsatu Sport lub Polsatu Sport Extra zawsze od 17.30. Pierwszy mecz już w czwartek 18 maja. Zagrają sensacyjni zwycięzcy w ćwierćfinałach Polski Cukier Toruń i Energa Czarni Słupsk (jako pierwsi w historii ligi wygrali ćwierćfinał startując z ósmego miejsca). Półfinały mogą potrwać aż do 29 maja.

 

Ekspertami Polsatu Sport, którzy typowali półfinały, są Grzegorz Chodkiewicz, wieloletni trener ligowy; Rafał Juć, wywiadowca Denver Nuggets i reprezentacji Polski; Tomasz Jankowski, były koszykarz reprezentacji Polski i ligowy trener oraz komentatorzy Polsatu Sport Marcin Muras i Adam Romański.

 

Polski Cukier Toruń (4) – Energa Czarni Słupsk (8)

Typ Grzegorza Chodkiewicza: 3:2

Ciekawy pojedynek trenerów: spokojny, analityczny Roberts Štelmahers ze Słupska kontra eksplozywny, energetyczny Jacek Winnicki z Torunia. A za plecami obu panów Mirosław Lisztwan i Ryszard Szczechowiak, którzy o polskim baskecie wiedzą wszystko. W zespole z Torunia odpaliły gwiazdy i to przeważy w zaciętej rywalizacji.

Typ Tomasza Jankowskiego: 1:3

Niewielu przypuszczało, że ekipa z Grodu Kopernika nie przegra meczu w walce z Rosą Radom. Szacunek dla Twardych Pierników się należy, aczkolwiek uważam że to sami radomianie sprawili sobie ten los.

Brakuje natomiast słów uznania dla Czarnych Panter ze Słupska. Štelmahers i jego ferajna po pięciu wyczerpujących meczach odprawili z kwitkiem Anwil, który na medal musi jeszcze poczekać. Rozpędzony Carl – przepraszam, Chavaughn 😉 – Lewis jest nie do opanowania i na jego pojedynki z Kylem Weaverem czekam z niecierpliwością. Pod koszem rządzi rewelacyjny David Kravish ale z Panem Krzysztofem Sulimą łatwo nie będzie. Przewagi drużyny ze Słupska upatruję na pozycjach 3-4, gdzie mądrością i skutecznością zadziwia Marcus Ginyard. No i ten niesamowity Mantas Cesnauskis.

Czarni są w meczowym gazie, teraz nie ma dla nich nic niemożliwego. Torunianom zaszkodzić może prawie dwutygodniowa przerwa. Teoretycznie Winnicki dysponuje szerszą rotacją, ale w Gryfii raczej nie wygra.

Typ Rafała Jucia: 3:1

Kto by się spodziewał przed sezonem, że ktoś z dwójki Polski Cukier – Energa Czarni będzie w wielkim finale play-off PLK? Czarni są zdecydowanie na fali wznoszącej, już przeszli do historii jako pierwsza drużyna, która wyrzuciła mistrza sezonu zasadniczego za burtę już w ćwierćfinałach. Słupszczanom nie przyszło to jednak łatwo – potrzebowali aż pięciu meczów, co przy ich siedmioosobowej rotacji może mieć wpływ na przebieg rywalizacji w półfinale. W mojej opinii Polski Cukier to faworyt, ale wiele będzie zależeć od tego czy torunianie znajdą odpowiedź na Chavaughna Lewisa. Teoretycznie Obie Trotter ma wszystko (wzrost, siłę, doświadczenie), żeby zatrzymać gwiazdę Czarnych, ale seria z Anwilem pokazała, że jeden zawodnik to za mało na Lewisa.

Bardzo ciekawie zapowiada się starcie skrzydłowych Kyle Weaver – Marcus Ginyard. Weaver grał w ćwierćfinałach wręcz po profesorsku, ale Ginyard to niedoceniany obrońca, który zawsze gra na sto procent. Czarni po raz kolejny „mogą, ale nie muszą” – widać, że bawią się koszykówką, idealnie trafili z formą. Czy starczy im jednak paliwa?

Typ Marcina Murasa: 3:0

Po pierwsze, Polski Cukier dłużej odpoczywał i ma dłuższą ławkę rezerwowych, a na tym etapie rozgrywek ma to ogromne znaczenie. Po drugie, zespół z Torunia ma tercet, może nie egzotyczny, ale ofensywny: Weaver, Trotter, Wiśniewski. To będzie zestaw trudny do powstrzymania dla Czarnych. A po trzecie, po ostatnim meczu w Radomiu obiecałem Łukaszowi Wiśniewskiemu, że w półfinałach już na pewno na nich postawię i słowa dotrzymuję. I to w sumie jedyna rzecz, która może Polski Cukier zgubić, gdyż w ćwierćfinale mało kto na nich stawiał i chcieli coś udowodnić, a teraz pewnie większość będzie stawiać właśnie na nich i to może uśpić ich czujność. A Czarni nie mają nic do stracenia. A do wygrania… wszystko.

Typ Adama Romańskiego: 3:2

Po serii Anwil – Energa Czarni grzechem byłoby typować w tym półfinale mniej niż pięć meczów. Mimo znakomitego ćwierćfinału słupszczan, faworytem jawi mi się jednak drużyna z Torunia, która świetnie upraszcza grę i ma więcej zawodników zdolnych do skutecznego trafiania najważniejszych rzutów. W pewnym sensie podobne to jest do tego, co oferują Czarni, ale stawiam mały plus za pięć dni wypoczynku więcej przed rozpoczęciem półfinałów. Trzeba też pamiętać, że jest to rewanż za zeszłoroczny ćwierćfinał, co pamięta cały sztab Polskiego Cukru, prawie cały (bez głównego trenera) Energi Czarnych oraz dziewięciu zawodników (w tym Cheikh Mbodj po zmianie barw klubowych).

Na koniec, konstatacja, że w finale będzie po raz pierwszy zespół z Torunia lub ze Słupska jest dla mnie rewelacyjna. W obu przypadkach byłoby to wydarzenie historyczne i znaczące dla koszykówki w obu tych miastach. Także w sensie budowy podstaw pod jeszcze lepsze jutro.

 

Stelmet BC Zielona Góra (2) – BM Slam Stal Ostrów Wlkp. (3)

Typ Grzegorza Chodkiewicza: 1:3

Przeambitnie grająca Polpharma obnażyła braki faworyta. Jeżeli jest to faktyczny obraz wartości Stelmetu, to BM Slam Stal Ostrów ma niepowtarzalną okazję zostać mistrzem Polski (w finale będzie grał z przewagą parkietu).

Typ Tomasza Jankowskiego: 3:2

Mistrzowie z Zielonej Góry na razie nie grają jak mistrzowie. Mieli dużo szczęścia, że nie musieli po raz piąty grać z walczącą Polpharmą. W półfinale również łatwo nie będzie. Ekipa trenera Emila Rajkovicia to jeden z tych zespołów, które pod koszem wyglądają bardzo solidnie. A właśnie w „pomalowanym” może rozstrzygnąć się awans do finału. Shawn King, Szymon Szewczyk, Robert Tomaszek czy Christo Nikołow to mocne chłopiska i doświadczeniem wcale nie odbiegają od… no właśnie, od kogo? Wydaje się, że Vladimir Dragičević jest w polu trzech sekund osamotniony. Nie ma w Zielonej Górze zmiennika, na którego zawsze można liczyć.

Dalej od kosza też jest ciekawie. Maleńki Aaron Johnson wyrósł na lidera zespołu i niewielu jest w lidze obrońców, którzy za nim nadążą. Łukasz Koszarek będzie potrzebował pomocy, a to może oznaczać więcej miejsca dla genialnego ostatnio Marca Cartera czy Kamila Chanasa, który w końcu może odpalić swe rzuty.

Zielonogórzanie powinni szukać przewag na pozycji trzy, gdzie dobrze spisują się Przemysław Zamojski i Karol Gruszecki – kiedy jest na boisku. 🙂 A to może mieć duże znaczenie pod nieobecność Łukasza Majewskiego.

Typ Rafała Jucia: 3:2

Po odpadnięciu Anwilu Stelmet, który zakończył sezon zasadniczy na drugim miejscu, odzyskał przewagę własnego parkietu w play off i myślę, że to może okazać się kluczowe w tej rywalizacji. Zapowiada się nam świetna para, ponieważ zarówno Stelmet, jak i Stal, to bardzo doświadczone ekipy, grające na wysokim poziomie taktycznym. Spodziewam się wyrównanych końcówek. Doświadczenie wbrew myśli „nigdy nie lekceważ mistrza” jest po stronie Stelmetu, ale w tym sezonie – jak choćby w trzecim meczu z Polpharmą – już przydarzały im się niewybaczalne wpadki. Zielonogórzanie mają również lepszą i przede wszystkim szerszą rotację Polaków – co zwłaszcza w obliczu urazów Łukasza Majewskiego i Szymona Szewczyka będzie miało znaczenie.

Już zacieram ręce na te mecze. „Bij mistrza: to wyświechtany frazes, ale po tym, jak Stal przeszła przez ćwierćfinał, widać, że trener Rajković ma grupę zawodników świadomych swojej wartości. Dodatkowego smaczku dodają wątki okołokoszykarskie. Tutaj każdy będzie miał coś do udowodnienia. Jestem ciekaw, co trener Artur Gronek wymyśli na Aarona Johnsona? 

Typ Marcina Murasa: 3:0

Po pierwsze, nie wierzę w to, że Aaron Johnson będzie nie do powstrzymania dla Stelmetu. Po drugie, nie wierzę, że Shawn King zdominuje walkę na tablicach. Po trzecie, na pozycjach 2-3 przewaga Stelmetu jest znacząca. I jeszcze jedno: lubię ryzykować i wiem, że nikt ta nie obstawi, dlatego tak typuję. I tylko mam nadzieję, że „Szewcu” się na mnie nie obrazi.

Typ Adama Romańskiego: 3:1

Po tym, jak odpadł Anwil – mój faworyt do mistrzostwa sprzed dwóch tygodni – jestem zdania, że niebywale trudno będzie zabrać tytuł drużynie z Zielonej Góry. Ma mnóstwo atutów, nikt inny nie jest w stanie tyle rzucić na szalę. Bardzo jestem ciekawy, jak będzie wyglądała obrona Stelmetu na obwodzie przeciwko Aaronowi Johnsonowi i Marcowi Carterowi, bo tu będzie potrzeba sporo kombinowania. Ważne będzie także, czy wszyscy wysocy z Zielonej Góry będą w stanie wytrzymać fizyczną presję stwarzaną przez podkoszowych BM Slam Stali.

Zgadzam się, że im dłużej będzie trwała ta rywalizacja, tym większe szanse mistrzów Polski. Kluczowe będzie, jak z kontuzją pachwiny poradzi sobie Łukasz Majewski. Marzyłby mi się piąty mecz w Zielonej Górze, ale mam wrażenie, że mistrz skończy to wcześniej.

 

TELEWIZYJNY TERMINARZ PÓŁFINAŁÓW PLK:

Polski Cukier Toruń – Energa Czarni Słupsk (mecz 1) w dniu 18 maja (czwartek), godz. 17.30, Polsat Sport

Stelmet BC Zielona Góra – BM Slam Stal Ostrów Wlkp. (mecz 1) w dniu 19 maja (piątek), godz. 17.30, Polsat Sport

Polski Cukier Toruń – Energa Czarni Słupsk (mecz 2) w dniu 20 maja (sobota), godz. 17.30, Polsat Sport

Stelmet BC Zielona Góra – BM Slam Stal Ostrów Wlkp. (mecz 2) w dniu 22 maja (poniedziałek), godz. 17.30, Polsat Sport

Energa Czarni Słupsk – Polski Cukier Toruń (mecz 3) w dniu 23 maja (wtorek), godz. 17.30, Polsat Sport Extra

BM Slam Stal Ostrów Wlkp. – Stelmet BC Zielona Góra (mecz 3) w dniu 24 maja (środa), godz. 17.30, Polsat Sport Extra

Energa Czarni Słupsk – Polski Cukier Toruń (mecz 4*) w dniu 25 maja (czwartek), godz. 17.30, Polsat Sport Extra

BM Slam Stal Ostrów Wlkp. – Stelmet BC Zielona Góra (mecz 4*) w dniu 26 maja (piątek), godz. 17.30, Polsat Sport

Polski Cukier Toruń – Energa Czarni Słupsk (mecz 5*) w dniu 28 maja (niedziela), godz. 17.30, Polsat Sport Extra

Stelmet BC Zielona Góra – BM Slam Stal Ostrów Wlkp. (mecz 5*) w dniu 29 maja (poniedziałek), godz. 17.30, Polsat Sport

*jeśli będzie konieczny