Wrażenia starogardzkie

No to pora wrócić do naszej własnej koszykówki ligowej. Za chwilę startuje sezon Dominet Bank Ekstraligi, więc przystąpiłem do mojej ulubionej części sezonu, czyli turniejów przedligowych.

Co prawda ziąb straszny – co odczułem podczas piłkarskiego meczu Korona – Legia (ależ oni tam mają obiekt sportowy!), ale wypad udany. Widziałem mecze sobotnie. Niestety, tłok na drodze uniemożliwił mi obejrzenie pierwszej połowy spotkania Czarni – Viking, ale coś tam widziałem.

Przy okazji wiadomości z frontu telewizyjnego – na razie nieoficjalne, ale pewne. Polsat Sport będzie – jak już informowałem – pokazywał w tym sezonie dwa mecze Dominet Bank Ekstraligi – w sobotę i niedzielę, zawsze o godz. 18. Wyjątkiem – pierwsza kolejka. Znam już terminarz pierwszych meczów: 10 października (godz. 18) Superpuchar z Włocławka; 12 października (godz. 18) Polonia – Prokom; 13 października (godz. 18) Górnik – Turów; 17 października (godz. 18) Prokom – Czarni; 20 października (godz. 18) Polonia – Anwil. Oj będzie się działo!
A od poniedziałku (dzisiaj!) zapraszam na mecze ME kobiet w Polsacie Sport. To, że nie ma tam Polek, to jest skandal. Mam nadzieję, że ktoś nad tym pomyśli wreszcie.
Ale wróćmy do Starogardu. Oto moje, nieobiektywne i niepełne, obserwacje z połowy meczu Czarni – Viking oraz całego meczu Polpharma – Basket, poparte oczywiście rozmowami z Ważnymi Ludźmi.


Polpharma Starogard

Rotacja wygląda tak:

PG – Donald Copeland, Rinalds Sirsnins

SG – Dawid Witos, Kamil Zakrzewski

SF – Łukasz Majewski, Anthony Walton

PF – Paweł Leończyk, Zbigniew Marculewicz

C – Mike Benton, Hernol Hall

poza rotacją – Dawid Neumann, Jarosław Drewa

trenerzy – Jerzy Chudeusz, Roman Olszewski

Teoretycznie zespół jest mocny. Mówię „teoretycznie” z dwóch powodów. 1 – rywalizacja o miejsce w ósemce może być o wiele cięższa niż rok czy dwa lata temu. 2 – wielu w tym składzie jest fajnych zawodników, ale lidera i gwiazdy, co to zespół pociągnie, nie ma. Nie ma tu dokładnie żadnego Harringtona, Okafora, ani nawet Logana czy Kitzingera, a nawet-nawet Ercegovicia. Tego ostatniego zwłaszcza, bo jego centymentry chyba były w Starogardzie niedoceniane.

Na testach ciągle są Benton i Walton. Ten pierwszy to duży chłop (z 206-207 na oko) pod kosz, walczący, spokojny, zbierający, podający, ale artystą ataku to on nie jest. Na pewno nie jest Okaforem i takiej łatwości zdobywania punktów w ogóle wszystkim w Polpharmie brakuje.

No – prawie wszystkim, bo miałem wrażenie, że Donald Copeland – chudziutki mikrorozgrywający (z 176 cm najwyżej) – z chęcia zostanie najlepszym strzelcem zespołu i jednocześnie pobije jakiś rekord najmniejszej liczby asyst w sezonie dla zawodnika grającego 38 minut na mecz na pozycji rozgrywającego. Trener Chudeusz twierdzi, że Donald świetnie i chętnie podaje, ale tego widać nie było. Może nie ma zaufania do partnerów? Tak to wyglądało.

Walton jest jakimś przypadkowo znalezionym kolegą Okafora, który jednak na uzupełnienie na obwodzie nadaje się świetnie. Głównie dlatego, że wielkie wrażenie robi Majewski. Jeśli dalej się będzie tak rozwijał, to mimo oczywistych braków może zapukać do reprezentacji. Miał na moich oczach niewiarygodną czapę w kontrze na Ansleyu, którą jakiś amator gwizdania i przeciwnik koszykówki zaliczył jako faul. Skandal. Majewski walczy i broni, ale także ma coś do zaoferowania w ataku i jeśli będzie dostawał minuty, a na to się zanosi, może być ważnym zawodnikiem.

To samo dotyczy Pawła Leończyka, którego jestem fanem, a także Dawida Witosa, który na razie grał średnio. Fajne są uzupełnienia z ławki (weterani Zakrzewski i Marculewicz), szkoda, że zamiast Sirsninsa szansy nie dostaje jakiś polski młodzian, na przykład wypożyczony z Prokomu (co w tym Łotyszu wszyscy widzą??), a genialnym zmiennikiem jest Hernol Hall. Nigdy nie będzie gwiazdą, ale jak się ogląda jego czapy i wsady!

Ogólnie dużo pracy przed trenerem Chudeuszem, jeśli ma być ósemka. Ten szkoleniowiec ma świetną okazję wykazać, że znów jest w czołówce trenerów, bo pracy w Starogardzie ma mnóstwo. A szansę na wypromowanie trzech co najmniej zawodników do kadry Polski – znakomite.

Viking Gdynia

Dawny Kager został bez pieniędzy tej bogatej firmy, ale ma czas do końca grudnia, żeby kasę klubową wypełnić. Na tyle starczy, ale na dalszy ciąg potrzeba nowych sponsorów. Kibicuję prezesotrenerowi Adamowi Prabuckiemu, żeby się udało. Bo ekipę ma fajną.

Rotacja:

PG – poszukiwany z USA, Marcin Flieger, Jakub Kietliński

SG – Janavor Weatherspoon, Chet Stachitas

SF – poszukiwany z USA, Michał Wołoszyn

PF – Tomasz Cielebąk, Łukasz Ratajczak

C – poszukiwany z USA, Gabriel Szalay

trenerzy – Adam Prabucki, Włodzimierz Augustynowicz, Bartłomiej Perzanowski

Najmniej ciekawi są w tym gronie Amerykanie. Weatherspoon – ten sam co w Turowie i jeden mecz w Polonii dwa lata temu – niczym się nie wyróżnia. Słaby jest po prostu. Stachitas trochę rzuca, ale też niewiele wnosi. Ma być jeszcze trzech zawodników (pozycje jak wyżej) i oni mają ciągnąć zespół. Fajnie.

Bo reszta to jest dopiero ekipa. Tomasza Cielebąka cenię od dawna i w parze z niedocenianym Łukaszem Ratajczakiem (jeszcze rok dobrej pracy i czymże będzie się różnił od Wojtka Żurawskiego?) daje bezpieczeństwo pod koszem.

Tym bardziej, że bardzo ciekawym graczem jest Gabriel Szalay (21 lat, 215 cm). Słowak jest surowy dość, ale sporo potrafi pod koszem, no i ma te centymetry. Widać, że nie bez powodu całkiem niedawno miał kontrakt w Benettonie Treviso (i nawet coś tam pograł, na przykład jeden mecz w Eurolidze). Ostatnio grał w Norrkoping w Szwecji razem z Pawłem Mrozem i tylko jednego w tym transferze nie rozumiem – czemu to nie Mróz wraca do Polski, tylko pracujemy nad graczem reprezentacji Słowacji. Ale to już agenci może odpowiedzą, nawet na tym blogu. 🙂

Poza tym też ciekawie. Na jedynce świetne wrażenie robił dla mnie Marcin Flieger, grający podobno z kontuzją. Najwyższy czas, z pozdrowieniami dla umiejętności wychowania zawodnika dla Igora Griszczuka, który ponoć znalazł już sobie w Czarnych następną ofiarę do ukiszenia (o tym niżej). Flieger w połówce z Czarnymi którą widziałem, dobrze widział boisko, niesamowicie bronił i nieźle rzucał. I niech gra jak najwięcej.

Zmieniał do zawodnik przedziwny. Daję słowo, że ma najwyżej 170 cm wzrostu (w necie wyszperałem, że niby 175), z czego 99 procent ciała zajmuje najwyraźniej serce do gry. Jest malutkim chudziutkim blondynem z dłuższymi włosami, ale stylizacja to chyba jego jedyny problem. Świetnie myśli, nieźle broni i tylko niepotrzebnie za dużo rzuca. Nazywa się Jakub Kietliński i trwa załatwianie, żeby nie musiał kisić się dalej w rezerwach Prokomu, tylko żeby mógł pograć w Vikingu. Oby, bo będzie to ciekawy zawodnik, jeśli trener Prabucki się odważy. A powinien, bo nie podałem najważniejszego parametru – rocznik 1989. Do pracy, Jakubie – do gry także, a będzie fajnie.

No i na koniec Michał Wołoszyn. Starszy brat swojego brata po dwóch latach w Pruszkowie zmienia klimat i słusznie. Obrona to nie jego hobby, ale daj boże każdemu taką chęć na trafianie do kosza. Przy mnie trafiał, a jeśli przy wzroście 204 cm będzie trafiać tak w lidze grając na pozycji niskiego skrzydłowego, to niedługo może być dwóch Wołoszynów w reprezentacji. Pora jednak, żeby zgłębić trochę tajników defensywy, bo nie jest za późno na walkę z bratem o pozycję w kadrze.

Ogólnie – jak bym mieszkał w Gdyni, to bym się cieszył. Będzie fajny zespół i na pewno nie Unia Tarnów czy Noteć Inowrocław. Byle znaleźć jeszcze jakieś 500 tysięcy.

Za moment – albo trochę później – więcej także o Czarnych i Baskecie. Cdn.

Eurobasket 2007 – końcowe wrażenia (cz. 1)

Lotnisko w Zurychu w drodze powrotnej do Polski to idealne miejsce, żeby zakończyć tematy związane z niesamowitymi hiszpańskimi mistrzostwami Europy koszykarzy. Niech to będą końcowe wrażenia, ułożone hasłami. Kolejność przypadkowa, a może podświadoma.

David Blatt – amerykańsko-izraelski trener Rosji był bohaterem numer jeden tego turnieju. Co za entuzjazm, co za podejście do koszykarzy, co za pomysły! Wiele już o tym pisałem, ale nadal nie mogę się otrząsnąć z wrażenia. Warto zwrócić uwagę, że tak zwana szkoła bałkańska, z jej pewnością siebie i koszykówką mocną fizycznie i obronnie, w tym turnieju poniosła klęskę! Serbia i Polska odpadły w pierwszej rundzie, Turcja była 11-12., Słowenia siódma, a Chorwacja szósta. Te zespoły prowadzili trenerzy z dawnej Jugosławii. Warto też więc może – także w czołowych polskich klubach – rozejrzeć się szerzej po Europie.

Wracając do Blatta. Wiele rozmawialiśmy z Tomkiem Jankowskim o tym, że ten trener był wyraźnie DLA ZAWODNIKÓW, a nie odwrotnie, zawodnicy dla niego. To jest coś, co uważam za klucz. Trener ma rolę usługową, ma POMÓC zawodnikom w osiągnięciu sukcesu, zrobić wszystko, żeby ci właśnie ludzie wygrali. Jak pokazuje Blatt może też być człowiekiem z klasą, szanującym rywali, szukającym sposobów na wygrane w taktyce i ustawieniach, lubiącym rozmawiać z mediami, współpracującym z sędziami, a zwłaszcza uwielbiającym wygrywanie i radość z sukcesów. Jakże o tym wszystkim zapominamy w Polsce, pełnej trenerów tupiąco-krzyczących, nie mających szacunku do nikogo i niczego, zawodników traktujących jak konie pociągowe, parskających na dziennikarzy, a zwycięstwa szukających w sztuczkach z pogranicza fair play. Którzy na dodatek nawet po sukcesie nadal wyglądają jakby za chwilę mieli iść do dentysty. Uff, dziękuję Dawidowi ze stanu Massachusetts za przypomnienie, za co kocham sport.

Andriej Kirylenko – od wielu lat jeden z ulubionych moich zawodników. Nietypowy, nieszablonowy, pracujący nad sobą i potrafiący zaczarować nie tylko atakiem, ale i obroną. Na tym turnieju robił wrażenie, żeby wspomnieć – nie wiem czy dobrze słyszalne – antenowe „O Jezu…" Tomka Jankowskiego po jednym z bloków Kirylenki. Super, że tacy faceci triumfują w tej grze.

Hiszpania – trochę grali chyba powyżej swoich głów. Pewność siebie jest ważna w sporcie, ale niektórzy zawodnicy – na pewno nie Pau Gasol, świetny sportowiec – wygrali chyba ten turniej już przed jego rozpoczęciem. A tu się samo nie wygrało, a Hiszpanie mogą mieć pretensje tylko do samych siebie. Rosyjska obrona w finale – okej, niezła. Ale wystarczyło trochę więcej skupienia pod koszem, gdzie nie wszystkie akcje były wybronione. Niektóre były niedoatakowane. Ale fakt jest faktem, że Hiszpania była najlepszym zespołem tego turnieju. Świetnie się ich ogląda i na pewno będą głodni sukcesu w Pekinie, co dobrze zapowiada rywalizację z niesamowicie przygotowywanymi do igrzysk Amerykanami.

Litwa i Grecja – mogły być w finale, ale czegoś brakowało. Litwinom zdecydowanie prawdziwego rozgrywającego, który zmieniłby kulejącego Sarunasa Jasikeviciusa. Gdzie był Mantas Kalnietis? Grekom – mocy pod koszem. Bez Sofoklisa Schortsianitisa to się po prostu nie liczy. Ale końcówka meczu ze Słowenią, gdzie walczący do upadłego Grecy odrobili w 8 minut 16 punktów – poezja. No i ode mnie punkt za pokazanie światu w półfinale, że Hiszpanie – jak ich piłkarze – non stop symulują faule. Skończyło się najdziwniejszym w mojej przygodzie z basketem faulem technicznym, który za kolejne udawanie dostał Rudy Fernandez. To zdarzenie z dedykacją dla Stingera, który zapamiętał co robił w Śląsku Dean Oliver. Dedykacja obejmuje też następny punkt w całości.

sędziowie – w tym nasz Grzegorz Ziemblicki, czasami dziwnie, czasami super. Ale ogólnie poziom dobry. Wielki plus za ukrócenie bezsensownej aktywności trenerów. Pierwsza wycieczka do komisarza powodowała od razu podbiegnięcie sędziego i mocne ostrzeżenie. Jakieś głupkowate oklaski po decyzji sędziego, od razu techniczny. I o to chodzi! Ale najbardziej podobało mi się przyzwolenie na walkę pod koszami, zwłaszcza w finale. I tak ma być. Pod koszem grają twardziele mężczyźni, a faule lekkie mają być odgwizdywane dalej od basketu, gdzie grają ludzie szybcy. Taka natura tej gry i niech tak zostanie.

Ales i Goran – czyli nasi ludzie w Słowenii. Niech mi wybaczy trener Ales Pipan, którego cenię i szanuję, niech mi wybaczy zakochany w swoim szkoleniowcu prezes Anwilu Zbigniew Polatowski, ale pipanowe prowadzenie zespołu nie podobało mi się ani trochę. Słaby kontakt z zespołem, nie mówiąc o body language, nie do końca uzasadnione skrócenie składu – na pewno pomógłby Jaka Klobucar, a kto wie, czy także nie Gasper Vidmar i Sandi Cebular. Słowenia przegrała dwa kluczowe mecze w końcówkach – ze słabymi reakcjami trenera – i dopiero w meczu o siódme miejsce odniosła sukces, trafiając osiem trójek w czwartej kwarcie, bo Jaka Laković po prostu się uparł, że nie przegra.

Z kolei Goran Jagodnik, którego również bardzo szanuję, miał sporo kłopotów w tym turnieju. W pierwszej fazie wiele piłek szło do niego, ale nie radził sobie z obroną. Później stał się zawodnikiem do walki, czasami do faulowania. Poziom rywalizacji, co powinno martwić kibiców polskiej ligi – był w Hiszpanii powyżej Jagodnika.

Francja – to jest dla mnie głupota roku. Trener Claude Bergeaud chciał być mądry i dlatego zrezygnował z trzech zawodników z NBA (Mickaela Pietrusa, Mickaela Gelabale i Johana Petro), bo inni mieli lepiej pasować do gry zespołowej. Ależ błąd! Francuzom bardzo brakowało talentu w tych mistrzostwach i graczy, którzy potrafiliby po prosty zdobyć punkty. A takimi są na pewno młodszy Pietrus i Gelabale. Dla mnie Bergeaud popełnił błąd, który często robią także trenerzy w Polsce – kiedy brakuje im umiejętności (tak!), żeby dotrzeć do zawodnika, albo żeby potrafić wykorzystać jego umiejętności, zamiast starać się coś w sobie zmienić, pozbywają się ewidentnie utalentowanego gracza. Efekt w zespole Francji? Joseph Gomis (grający zamiast M. Pietrusa) okazał się za mały, żeby trafiać. Cedric Ferchaud (zamiast Gelabale) – rzucił z pięć trójek i nic nie wniósł, poza dyskwalifikacją w ostatnim meczu. A Petro na pewno lepiej by wspomógł pod koszem Ronny'ego Turiafa niż koszmarnie nieporadny Fred Weis. Co z tego, że ci trzej 'grali zespołowo', skoro grali słabo? Francja – z podpierającym się nosem w każdym niemal meczu, zarżniętym do końca Tonym Parkerem – zajęła ósme miejsce i nie jedzie nawet na turniej przedolimpijski. Skandal.

Dirk Nowitzki – czyli praktycznie cała reprezentacja Niemiec. Jacy tam rzeźnicy i piekarze grają oprócz niego! Że też nie udało nam się wychować takiego koszykarza w Polsce. Podkreślam – wychować, bo niesamowity Dirk to nie samograj, ale efekt połączenia talentu i niebywałej pracy, jaką z nim za młodu wykonał w Wuerzburgu niemiecki trener (nazwiska z pamięci nie jestem w stanie napisać: Holger G. w każdym razie). W kluczowych momentach meczu ze Słowenią Dirk trafił co trzeba i za rok powalczy o igrzyska. Tyle, że patrząc na niego w Hiszpanii, miałem wrażenie, że jest mocno zmęczony i trapią go jakieś bóle. Momentami ledwie się ruszał. Niedobrze to wróży Dallas Mavericks.

rozgrywający i rzucający – patrząc na wielu graczy, choćby Słoweńca Gorana Dragicia, zadumałem się wiele razy nad tym, jak bardzo upadła w Polsce sztuka trenerska. Przecież chętnych do gry w koszykówkę młodych chłopaków o wzroście 180-195 cm jest mnóstwo, a my nie umiemy wychować sobie choćby jednego porządnego, klasowego, wypolerowanego rozgrywającego i rzucającego. Owszem, nasi młodzi koszykarze grają w koszykówkę, ale nie są nauczeni podstawowych rzeczy – myślenia boiskowego, sprytu, umiejętności podawania w sytuacjach meczowych, a nade wszystko umiejętności rzucania w tłoku. Po prostu są straszliwie kiepscy technicznie i nie dają rady. A taki Dragić nie ma wielkiego jakiegoś talentu, nie skacze ani nie biega, ale potrafi kozłować, biegać, myśleć i minąć JEDNOCZEŚNIE. Czasami mi się wydaje, że nasi zawodnicy na treningach tylko rzucają bez obrońców albo 'szlifują taktykę' w nieskończonych powtórzeniach na sucho skomplikowanych bez sensu zagrywek. No i są też tragicznie przygotowani fizycznie – szybkościowo, siłowo – do gry. O ile waleczni w Alicante byliśmy, to tak brzydkiej technicznie drużyny i tak źle biegającej w tym turnieju nie było.

polscy obserwatorzy – to znaczy kto? Przez kilka dni w Madrycie był asystent trenera kadry Kazimierz Mikołajec. Ani w Madrycie, ani nawet w Alicante (!) nie pojawili się choćby na kilka dni żadni polscy trenerzy, a z prezesów klubów zobaczyłem tylko panów Polatowskiego (Anwil) i Jarosława Popiołka (Polonia 2011). Dla nich brawo, dla innych wstyd. Panowie, ja na tym turnieju powiększyłem swoją wiedzę o koszykówce dwukrotnie, choć coś tam przecież wcześniej wiedziałem. Daję wam słowo, też byście się tu wiele nauczyli. I w telewizji nie widać nawet ćwierci tego, co można zobaczyć na żywo, albo czego można się dowiedzieć rozmawiając z ludźmi. A dostęp do nich był. Zostawienie na trzy czy pięć dni swoich zespołów nikomu by nie zaszkodziło. Jakieś argumenty macie jeszcze?

Eurobasket 2007 – końcowe wrażenia (cz.2)

siatkówka – Hiszpanie zdobyli mistrzostwo Europy w siatkówce! Wielki sukces, w Rosji, na terenie rywala, sensacja. Koszykarze tego samego dnia przegrywają. W poniedziałek kupuję ‚Marcę’ i ‚Asa’ – dwie najlepsze gazety sportowe Hiszpanii. W ‚Marce’ okładka z koszykarzy, strony 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13, 14, 15 i 16 o Eurobaskecie, analizy, komentarze, wywiady, zdjęcia, grafiki, podsumowanie, kto z madryckiej śmietanki był na trybunach. Na stronie 17 dwa teksty i zdjęcie z siatkówki (na pierwszej stronie zdanie zajawkowe). Od strony 18 zaczyna się piłka nożna.

W ‚Asie’ na pierwszej stronie też głównie koszykówka, o siatkarzach jest mikrozdjęcie i tytuł. Mistrzostwa koszykarzy zajmują strony 2-12. Potem piłka ligowa (do 44. strony), potem zagraniczna (strona 45), dalej Formuła 1 i motocykle (46-51), Vuelta a Espana (52-55) i dopiero dwie strony o siatkarzach. Obie gazety mają w poniedziałek 64 strony.

Takie jest właśnie miejsce siatkówki na świecie, nawet w kraju mistrzów Europy w siatkówce. Nie ma porównania z koszykówką, gwiazdy basketballa czy baloncesto są rozpoznawalne wszędzie, a wyniki reprezentacji ważne. Siatkówka nie istnieje. Niestety.


‚Papieże a Żydzi’
– książka, która była ze mną przez ostatnie dwa tygodnie, kiedy umysł odpoczywał od koszykówki. Polecam! Niesamowite świadectwo tego, co działo się na linii hierarchia katolicka – wyznawcy judaizmu w Europie w latach 1800-1939. Niestety, nie podam tu autora, bo właśnie – po przeczytaniu ostatniego rozdziału – zostawiłem, cholera, książkę w samolocie z Madrytu do Zurychu. Pech. Autorem w każdym razie jest amerykański Żyd, profesor, a tytuł oryginalny, co fascunujące, lekko inny: ‚Pope against Jews’. 🙂

Eurobasket 2009 – z dnia na dzień rósł optymizm polskiej delegacji, że u nas też się uda za dwa lata zrobić tak fajny turniej. No cóż, mam nadzieję, że to prawda. Ale zadanie jest wielkie, a – niech mi wybaczą mieszkańcy tych miast – goszcząc od drugiej fazy turniej w Łodzi, Bydgoszczy i Katowicach – raczej nie zapunktujemy turystycznie u kibiców z innych państw. No i hale – w Polsce po prostu do niczego, choć może nowy obiekt w Łodzi choć częściowo uratuje sytuacje. Po wizycie w dwóch halach w Madrycie i jednej w Alicante aż żal mi będzie tego, że następny Eurobasket będzie rozgrywany w przestarzałych obiektach z fatalnie rozmieszczonymi trybunami, którymi są warszawski Torwar, bydgoska Łuczniczka (mimo że nowa), wrocławska Ludowa czy poznańska Arena. Ale cóż, ważne, że to w ogóle będzie w Polsce.

Acha, prezes Roman Ludwiczuk to kawalarz jakich mało. Ma u mnie dużego plusa za niebywale śmieszny dowcip, który padł po finale. – No i co? Była wreszcie promocja, prawda? – pytał nas. O co chodziło? Spiker na sam koniec kilkunastominutowego wręczania trofeów rzucił: – See you in Poland in 2009!

Tomasz Jankowski – dobry kompan i chyba dobry współpracownik, oceńcie sami (chętnie posłuchamy wszelkich opinii o naszej pracy w Hiszpanii). Miejmy nadzieję, że przed nami świetny sezon. Pewnie trochę ma mnie dość po 18 dniach niemal ciągłego przebywania razem. 🙂 Tak czy owak, jestem mu wdzięczny, że zgodził się towarzyszyć mi w realizacji szalonego pomysłu, abyśmy na własną rękę pojechali do Hiszpanii mimo wszystko.

Rafał Tymiński – trzeci (alfabetycznie) z naszej wycieczki, dziennikarz „PS”. Graliśmy razem w basket jednego dnia, a w innych dniach… W każdym razie MISTRZ.

Alicante – piękne morze, fajna plaża, palmy, gorąco niemiłosiernie. Hotel Kris spisał się całkiem nieźle, najważniejsze, że był darmowy internet. Trochę daleko do hali i centrum, ale spacerki nikomu nie zaszkodziły. Dobre wspomnienia, tylko szkoda, że Polacy nie wygrali ani jednego meczu.

Madryt – wcale nie taki gorący jak by mogło się wydawać o tej porze roku. Basen w hotelu Sunotel Amaral nie okazał się tak przydatny jak sądziliśmy. Ale miasto to wielkie, zresztą znane mi już (podobnie jak Madrid Arena, gdzie rozgrywane były mecze II rundy) z poprzedniego roku, kiedy gościłem w stolicy Hiszpanii z reprezentacją Polski na turnieju towarzyskim. Wielkich miast nie lubię za bardzo, a w tym roku udało mi się nawet przejechał się po nim samochodem – bez wypadku. Cud. Jedzenie hiszpańskie – koszmar. Spodziewałem się czegoś bliskiego kuchni meksykańskiej, a tu nic z tego. Ciągła ruletka, co przyniosą, bo menu na ogół tylko po hiszpańsku, a po angielsku kelner potrafi powiedzieć tylko ‚Gracias!’. 🙂 Udawało się zjeść różne rzeczy, rekordem była chyba cuttlefish/sepia, która miała być miłą rybką, a po przyniesieniu okazała się jakąś wielką przeraźliwie białą podróbką ośmiornicy. Po sprawdzeniu w słownikach już wiemy: to mątwa. Na szczęście zjeść ją musiał Tomek, ja tylko uszczknąłem. W smaku podobna do kartonu. Niech mi wybaczą w Inowrocławiu, ale mątwy są do niczego. 🙂

Drugie miejsce w tym wyścigu zajmuje zdecydowanie półmetrowa noga barana, zamówiona jako sympatyczne danie z jagnięciny. No i wszechobecne tapas, czyli przystawki. Tomkowi wchodziły jak w masło, a ja miałem ich dość po dwóch dniach. Dlatego – nie bez wstydu – dni kończyliśmy głównie w znanym i z Polski Friday’się niedaleko stadionu Santiago Bernabeu. Kluczowe były godziny otwarcia – do 1.30, a w weekendy nawet do 2.30. Miejscowa atrakcja – kompletnie nieznająca angielskiego sympatyczna osoba płci żeńskiej, wielkości sporej, odcienia kawowego, która po wręczeniu kart usadzała gości dźwięcznym i stanowczym ‚SIT DOWN!’. Nie było wyboru…

A poza tym Madryt to: świetne metro; Prado z kilkoma porywającymi obrazami i kupą nieciekawości (tak! jestem profanem!); piękne hale do koszykówki; Sauna Bar pod hotelem; bar Vips, w którym dawało się coś zjeść; tajemnicza ‚Nuria’, którą znam tylko z opowieści; zjedzone 120 tabletek na gardło i mnóstwo fajnych wrażeń.

Toledo i Segovia – udało nam się zwiedzić w wolne przedpołudnia. Miasteczka senne, ciekawe, ale z wielkich wrażeń to tylko katedry, zresztą w obu miastach bardzo podobne. Polecam bardziej Toledo, ale w obu miejscach brakowało nam obeznanego w języku i miejscach przewodnika (-czki). 🙂

mistrzostwa Europy kobiet we Włoszech – a jakże, byliśmy pytani, czy tam też jedziemy. Nie jedziemy. Tym razem komentarz ze studia w Warszawie. Może trochę szkoda, ale może i dobrze. Na pewno potrzebne będzie wspomożenie, bo n dokładne zainteresowanie się koszykówką kobiet brakowało mi trochę w ostatnich latach czasu. Miejmy nadzieję, że Polki wejdą do turnieju głównego i w poniedziałek zaczną walkę o medale. Już w poniedziałek!

bilans własny – 17 odcinków felietoników wrażeniowych ‚Z byka’ na stronę Sport.pl i do „Gazety Wyborczej”; osiem tekstów informacyjnych tamże; cztery wywiady wideo z koszykarzami polskimi i jeden z Goranem Jagodnikiem; osiem rozmów podsumowujących wydarzenia na wideo z Tomkiem Jankowskim; 13 skomentowanych meczów na żywo dla Polsatu Sport i Polsatu Sport Extra; wywiad z Jerzym Dudkiem do „Gazety Sport” i 15 wpisów na blogu. Ufff. Jak fajnie, że są takie mistrzostwa.

podziękowania – prywatnie dziękuję wszystkim, którzy służbowo wspomagali mnie podczas tego wyjazdu, głównie z Warszawy – Marianowi Kmicie, Pawłowi Wójcikowi, Agnieszce i Ani, Frankowi, Kubie i Mirkowi oraz Marcinowi Murasowi z Polsatu Sport, Łukaszowi Ceglińskiemu, Oli oraz reszcie ekipy Sport.pl i ‚GW’, Jackowi, Krzyśkowi i Kubie z wideo Sport.pl; niewidzialnym, ale ważnym szefom. No i oczywiście Tobie. 🙂

Do zobaczenia w Polsce. Wasz komentarz?

Finał zabijająco-dobijający

Środek nocy, okolice placu Cuzco w Madrycie, hotel Sunotel Amaral. Tu spędzamy ostatnie już noce w Madrycie przed powrotem do domu. Mistrzostwa Europy zakończone i to zakończone w wielkim stylu i wielką sensacją. Może więcej podsumowań jutro, będzie też film na Sport.pl, a dzisiaj po prostu już sił brak. Nawet żeberka w miejscowym Friday'sie (w towarzystwie połowy reprezentacji Francji i najpiękniejszych 🙂 greckich koszykarzy) nic nie pomogły.

Dzień był bardzo obfity, bo zaczął się zresztą od wywiadu z Jerzym Dudkiem, prawdziwym profesjonalistą. Mam nadzieję, że ten wywiad także wydrukuje w poniedziałek Gazeta Sport. A potem prawdziwa uczta dla komentatora, czyli finał ME. To było coś, głos straciłem. Wielki mecz, brawo Rosja, brawo Holden, brawo Blatt.

Szkoda będzie opuszczać Madryt… Do zobaczenia w Polsce, ale i wcześniej tutaj. Podsumowanie obiecuję.

Ależ to były półfinały!

No i proszę, udało mi się wytypować finał. Jakoś Litwini kompletnie siedli w decydującym momencie i już wczoraj z Chorwacją słabo to wyglądało. A dzisiaj to w ogóle kiepsko. Trener Butautas chyba jednak się nie sprawdził. Gdzie była gra pod kosz i bracia Ławrynowicze? No cóż, z jednonogim Sarunasem Jasikeviciusem się nie udało, mimo że Ramunas Siskauskas był genialny.

Ale genialniejszy był Andriej Kirylenko, który zagrał fenomenalnie. Więcej o meczu poniżej, w przedruku z 16. odcinka felietonu 'Z byka':

 

Z byka (16): Rosyjska literatura po angielsku

Adam Romański z Madrytu

Jaką przyjemnością dla dziennikarza jest na konferencji prasowej po meczu spotkać trenera, który w jawny sposób jest szczęśliwy. Taki na pewno był amerykański trener Rosjan David Blatt po sensacyjnej wygranej w półfinale mistrzostw Europy koszykarzy z Litwą (86:74). Za rzadko to oglądamy po wielkich meczach, może za bardzo przyzwyczailiśmy się do marsowych oblicz Andreja Urlepa czy Eugeniusza Kijewskiego.

Blatt sypał dowcipami, mówił długo i ciekawie. – Mów mi David, nazywanie mnie Mister Blattem sprawia, że się peszę – upominał dziennikarzy z uśmiechem. – Mieliśmy plan na ten mecz i wiedziałem, że mamy szansę, jeśli go wykonamy. Litwini grali wczoraj, więc jak bokser musieliśmy się na nich rzucić od pierwszej minuty. Grać szybko, twardo, zmęczyć rywala, tak, żeby w piętnastej rundzie nie miał już sił – opowiadał zadomowiony w Izraelu Amerykanin. I tak dokładnie ten mecz wyglądał. – To sen. Nie marzyłem, że możemy tu zdobyć medal. W finale damy z siebie wszystko, bo to może jedyna taka szansa w życiu – dodawał na konferencji wyraźnie wstrząśnięty skrzydłowy Rosji Siergiej Monia.

Rosjanie mają w ten sposób zapewniony pierwszy medal ME od 1997 roku, a w finale zagrają po raz pierwszy od 1993. – To wielki dzień, a dla mnie być częścią odbudowy tej wielkiej tradycji to wielki honor – mówił Blatt i przypominał, jak to się wszystko zaczęło. – Kiedy dwa lata temu wziąłem zespół Rosji, wszyscy mówili, że to mięczaki i wszystko przegrywają. W pierwszym meczu eliminacji przegraliśmy z Belgią i wtedy się wściekłem. W szatni rzucałem czym popadło i powiedziałem chłopakom, że teraz rozumiem, czemu taką mają opinię. Ale to koniec, zaczynamy od nowa i zmieniamy wszystko. No i udało się – opowiadał Blatt, który ma za sobą prowadzenie Maccabi Tel Awiw, Benettonu Treviso, a teraz będzie szkoleniowce Efesu Pilsen Stambuł.

W niedzielę w finale o godz. 21.30 Rosjanie z amerykańskim trenerem i amerykańskim rozgrywającym J.R. Holdenem staną naprzeciw Hiszpanii. (Taki sam mecz zresztą – tylko nie w Madrycie, ale w Rosji – tego samego dnia odbędzie się w finale mistrzostw Europy siatkarzy!) – Nie ma co ukrywać, to oni są wielkim faworytem. Ale może poczytam dziś w nocy „Wojnę i pokój" Tołstoja i coś mi przyjdzie do głowy? Tak, rosyjska literatura po angielsku będzie najlepszym wyjściem… A może David raz jeszcze pokona jutro Goliata – zakończył David Blatt. Na pewno bohater numer jeden tych mistrzostw.

KONIEC PRZEDRUKU

No i typy na jutro, moje skromne:

o 1 miejsce: Hiszpania – Rosja +11, choć kibicować będę Sbornej

o 3 miejsce: Litwa – Grecja -9

o 5 miejsce: bez znaczenia Niemcy – Chorwacja -11

o 7 miejsce: Słowenia – Francja -3, niestety… 🙂 

Wielki półfinał (część 1)

To był mecz! Walka walka walka. Niesamowita atmosfera w wielkiej hali, wypełnionej tym razem kompletem widzów. Hiszpania wygrywa z Grecją, obo mistrzom Europy (już teraz byłym) zabrakło drugiego strzelca poza niesamowitym tego dnia Vassilisem Spanoulisem. Hiszpanie nie zawiedli, a nade wszystko obudził się Juan Carlos Navarro, który rzucał niesamowite trójki. Szkoda, że tego akurat meczu nie dane nam było komentować, ale cóż – i tak dużo stąd meczów robimy, za co wdzięczny jestem Panu Marianowi Kmicie, a stanowisko komentatorskie kosztuje. Za chwilę więc mecz Rosja – Litwa (na żywo w Polsacie Sport Extra, no cóż, konfrontacje sztuk walki ciągle są lepiej oglądane) i też na pewno będzie ciekawie.

PS. Pierwszy raz widziałem, żeby sędzia pod taką presją ukarał faulem technicznym za symulowanie zawodnika Hiszpanii. A oni symulują mnóstwo. Brawo Ilija Belosević z Serbii.

Słoweńskie deja vu

Niesamowite. Słoweńcom i ich trenerowi znów zabrakło inwencji i sił w końcówce, w której Niemcy zrobili wszystko co trzeba, z zespół Alesa Pipana nie zrobił nic, żeby wygrać ten mecz o miejsca 5-8 w mistrzostwach Euripy koszykarzy. Niestety, w kluczowym momencie prostą stratę (podanie wprost w ręce Ademoli Okulaji) popełnił Goran Jagodnik. On także po meczu gonił dwa razy po całym boisku za sędziami, coś krzycząc, a ci wyraźnie pokazywali później sobie, który to zawodnik ich wyzywał. Może być jakaś kara.

Sędziowskiego numeru żadnego nie widziałem, a w końcówce, przy dwupunktowym prowadzeniu  Niemców, Jaka Laković celowo nie trafił wolnego, ale zza jego pleców na pewno zbyt szybko wyskoczył Goran Dragić, żeby powalczyć o zbiórkę. Sędziowie – słusznie chyba – dali od razu piłkę Niemcom. Wygrana ostateczna Dirka i spółki 69:65 daje im awans do turnieju przedolimpijskiego, o co wszystkim tu chodziło. A Słowenia z Francją zagra o ostatnie miejsce w tym turnieju jutro. A więc jednak nasza grupa nie okazała się silna. Francja i Słowenia miejsca 7-8, a Włosi miejsce 9-10.

Ciekawa informacja dla kibiców otwartych telewizji: JUTRO (niedziela) O 15 W TV4 BĘDZIE MOŻNA ZOBACZYĆ PÓŁFINAŁ HISZPANIA – GRECJA!!! Nie wiem, czy i kiedy w otwarttej telewizji będzie finał, ale obstawiłbym niedzielę w nocy na Polsacie głównym.

A teraz półfinały! Do usłyszenia w Polsacie Sport.

PS. Jestem winni sprostowanie prezesowi PZKosz Romanowi Ludwiczukowi. Okazuje się, że PZKosz ściągnął 5 mln zł tylko od Katowic za organizację rundy finałowej Eurobasketu 2009. Pozostałe miasta zapłaciły mniej – od 2,5 do 3,5 mln zł. Co wydźwięku tekstu nie zmienia, ale trzeba być ścisłym. 

Grecki wieczór i feta

O tak! Greków słychać jeszcze było długo. Co za mecz, ten ze Słowenią. A ja na ostatni gardle… Dzisiaj walczące ze mną od tygodnia przeziębienie przyjęło formę ostrego zapalenia gardła i cały dzień był walką o głos. W miarę udaną, bo w Polsacie Sport zachrypiałem chyba tylko ze dwa razy. Niedobrze! W aptece hiszpańskiej zaproponowali mi coś takiego, co pomogło nieźle, ale nie ostatecznie. Nazywa się Bucometasana. Ktoś zna?

Więcej o dwóch szalonych i mniej szalonych meczach z piątku TUTAJ i TUTAJ . No cóż – tak! – napisałem dwa teksty 'Z byka' dzisiaj… 🙂

W sobotę dwa półfinały: ponoć jednak o 19 Hiszpania – Grecja (uwierzę, jak zobaczę, bo zawsze o 21.30 miała być Hiszpania), a o 21.30 Litwa – Rosja. Oba mecze w Polsacie Sport także. Typuje przekornie – finał Rosja – Hiszpania. 

Bez ściemy czyli Goran prawie na żywo

Dzisiaj dzień koszykarsko zerowy. Z kolegą Tomaszem Rusofilem udaliśmy się na pewien czas do innych zajęć rozwijających nas służbowo i prywatnie, więc odpuściliśmy mecz Francja – Rosja. Coś za coś – niestety był to dobry mecz (podobno) i niestety (dla mnie) TiPi (jak ktoś na amerykańskiej stronie niedawno napisał – takie same inicjały jak toilet paper) okazał się słabszy od DżejAra. I Tomasz Rusofil się cieszy, niech mu będzie. Nie będę jednak ściemniał, że coś o tym meczu mam do powiedzenia, bo nic nie mam.

O meczu drugim nie ma co pisać, bo Hiszpania zniszczyła DirkoKolegów strasznie. Wszystko co miałem do powiedzenia na ten temat jest TUTAJ .

A z ciekawszych dnia wydarze, to udało nam się ze ściśle chronionego hotelu Melia Castilla wywabić Gorana Jagodnika, żeby porozmawiać przez chwilę przed kamerą. Oto skutki:

http://wideo.gazeta.pl/w?xx=4485783&v=3

Dziękujemy, Goran, powodzenia!

Przy okazji może jeszcze wytłumaczę, czemu dzisiaj nas nie było w okienku – bo jesteśmy jutro czyli dzisiaj (piątek) w obu meczach. Marciny dały radę?

Zapraszam do Polsatu Sport na 18.55 na mecz Litwa – Chorwacja, a o 21.25 do Polsatu Sport Extra na mecz Słowenia – Grecja. Będzie się działo!

Po grupie F oraz co w ćwierćfinale

Mistrzostwa Europy w Madrycie naprawdę się już zbliżają do końca. Po środowych meczach wiemy, że na igrzyska do Pekinu (i po medale w Madrycie) nie udadzą się na pewno wicemistrzowie olimpijscy z Aten Włosi. Dirk jeszcze walczy, a Sarunas padł.

Więcej moich dywagacji TUTAJ i TUTAJ. EDIT: Jak widzę na forum gazeta.pl puszczenie oczka do mojego współkomentatora Mirosława Alojzego przy okazji opisu sytuacji w litewskiej reprezentacji zostało odebrane jako wypominanie Butautasowi gry w III lidze… Bez sensu. Przecież doskonale wiem, że to wielki fachowiec. To taki mały żarcik był.

A teraz już szybko przystępuję do podsumowania grupy F.

Litwa – pierwsze miejsce – bilans 5-0 – jedyni niepokonani, i to zasłużenie. Grali dotąd szokująco dobrze, ale bez swojego nadekspresyjnego lidera Sarunasa Jasikeviciusa mogą mieć kłopoty. Ale to przyszłość, a o niej niżej. Na razie było świetnie, głównie z powodu ogromnych rozmiarów. Litwini na każdej pozycji mają atletycznych (w sensie polskim) i atletycznych (w sensie amerykańskim) zawodników, na ogół dużo większych od rywali. Gorzej jest tylko na centrze, ale czy naprawdę czegokolwiek brakuje pod koszem Dariusowi Songaili czy Robertasowi Javtokasowi? Tak czy owak, to byłby mój faworyt numer jeden do mistrzostwa, gdyby nie ta kontuzja Sarasa…

Słowenia – drugie miejsce – bilans 4-1 – przegrali pierwszy raz dopiero w ostatnim meczu drugiej fazy grupowej, ale przecież wcześniej mieli sporo… no, może nie szczęścia, ale sporo dobrych wiatrów (jednopunktowa wygrana z Włochami i Francją). Z Litwą moim zdaniem się trochę oszczędzali, trener Ales Pipan nie wystawił na długo Matjaza Smodisa. Więc w ćwierćfinale oczywiście mogą zagrać świetnie. Ale moim zdaniem wyrośli trochę ponad swoje umiejętności. Tak czy owak zadziwiające jest, że właśnie teraz – wobec tylu osłabień – Słowenia gra najlepszy swój turniej w historii ME.

Francja – trzecie miejsce – bilans 3-2 – moim zdaniem też się trochę opierniczali, zwłaszcza Tony Parker. W ćwierćfinale to jednak będzie całkiem inna historia. Ciekawe, naprawdę dla mnie ciekawe, jest to, że trener Claude Bergeaud naprawdę wierzy w to, iż Cedric Ferchaud, Sacha Giffa i Pape Biadane są lepszymi opcjami dla kadry niż Mickael Pietrus, Mickeal Gelabale i Johan Petro. Dla mnie czasami we francuskim zespole brakuje opcji w ataku. Słabo tutaj gra Boris Diaw, który już przestał imponować wszechstronnością, a staje się coraz bardziej zwyczajnym podkoszowym klockiem (bez Steve'a Nasha oczywiście, Parker tak nie podaje…).

Niemcy – czwarte miejsce – bilans 2-3 – a jednak! Dirk wciąż się liczy w walce o igrzyska, choć było bardzo ciężko i on sam niewiele wniósł do gry w meczu z Włochami. Jeśli cokolwiek chcą ugrać z Hiszpanią, Nowitzki musiałby jednak rzucić powyżej 40 punktów. Czy jest to możliwe? W sumie, dlaczego nie? W każdym razie panowie Herber, Okulaja, Hamann, Jagla, Greene i Garrett oraz reszta mają naprawdę za co dziękować wielkiemu, blond-koledze.

Włochy – piąte miejsce – bilans 1-4 – naprawdę nic nadzwyczajnego. Trenerowi Carlo Recalcatiemu nie udało się tak naprawdę odzyskać dla kadry Denisa Marconato i Gianlukę Basilego. Zagrali po pół dobrego meczu. A młodzi, jak to młodzi – poszaleli. Marco Belinnelli i Andrea Bargnani są fajni do oglądania, ale chyba nie dla kibiców Włochów. Najlepszy to w tym wszystkim był Massimo Bulleri, szkoda, że jest poza Euroligą.

Turcja – szóste miejsce – bilans 0-5 – jak ktoś nie lubi grać w zespołową koszykówkę, to chyba nie powinien grać na ME. Gwiazdorki wykończyły przyzwoitego trenera Bogdana Tanjevicia i jego następca (ciekawe kto nim będzie???!!!) dostanie się też na pewno pod koła parowozu. Tanjević gdzieś pogubił talenty Ilyasovy czy Akyola, dał grać niby najlepszym, ze słabym skutkiem. Cieniem samego siebie byli też Kuqo i Kutluay. Duży zawód.

A w ćwierćfinałach… 🙂

Już w czwartek grają:

Niemcy – Hiszpania (czwartek, godz. 21.30). Jako się już rzekło, musiałby Dirk Nowitzki rzucić z 50 punktów. Hiszpanie są za dobrzy na pozostałych Niemców, no chyba, że Pepu Hernandez znów zacznie eksperymentować, jak z Izraelem. Przewiduję jednak, że w czwartej kwarcie już walki nie będzie i gospodarze pewnie wygrają. Typ: Hiszpania.

Francja – Rosja (czwartek, godz. 19). I tu jest dużo ciekawiej. Rosjanie mi na razie nie zaimponowali, choć trener David Blatt odkrywał z meczu na mecz nowych zawodników. Wierzę jednak w Tony'ego Parkera i jednego z moich absolutnych ulubieńców Florenta Pietrusa. Nawet Andrieja Kirylenki nie cenię aż tak bardzo, choć na pewno to niesamowity zawodnik. Rosja nie ma odpowiedzi na Parkera, bo nie jest nią na pewno J.R. Holden i dlatego przegra. Typ: Francja.

Słowenia – Grecja (piątek, godz. 21.30). Grecy twierdzą, że grają z meczu na mecz coraz lepiej, ale to chyba nieprawda. Na Słowenię powinno chyba jednak wystarczyć. W ośmiu nie da się zagrać siedmiu dobrych meczów w 12 dni i tego zabraknie ekipie Alesa Pipana. Za mało jest w jego składzie dobrych obwodowych graczy, a z ławki Greków co chwila wstawać będą kolejni groźni. Typ: Grecja.

Litwa – Chorwacja (piątek, godz. 19). Oczywiście, wiele zależy od tego, czy zagra Sarunas Jasikevicius. Ale nawet i z nim Litwini wcale nie mogą być pewni swego. Jeśli wreszcie sporo minut zagra Mario Kasun, mogą wreszcie mieć kłopoty pod koszem. Walka może być równa, ale jednak litewskie strzelby przesądzą. Typ: Litwa.

Zapraszam na transmisje w Polsacie Sport (czwartek, 18.55 i 21.25, piątek 18.55) oraz w Polsacie Sport Extra (piątek 21.25).