Marcinie, gratuluję!

Marcin Gortat spełnił swoje marzenie. Dostał do podpisu dwuletni kontrakt na grę w NBA, w klubie Orlando Magic. Jest w NBA. O czym marzył – i głośno mówił – od co najmniej trzech lat. Marcinowi wypada gratulować, ale i zarazem przypomnieć, że ten kontrakt to na pewno nie koniec drogi.

W NBA zarabia się (i gra więcej!) dopiero przy drugim kontrakcie, do którego – co warto podkreślić – nie udało się dotrzeć ani Cezaremu Trybańskiemu, ani Maciejowi Lampe. Te dwa lata w Magic będą po to, żeby czegoś się nauczyć i latem 2009 roku wiedzieć, czy w NBA jest się na dłużej, czy to jednak za wysokie progi. Jeśli wtedy Gortat będzie pełnoprawnym zawodnikiem najlepszej ligi świata, będzie mógł dopiero mówić o spełnionych marzeniach.

 Warto podkreślić, że Gortat znalazł się w NBA głównie dzięki sobie i swojej grze. Nie dzięki "potencjałowi", ale właśnie już posiadanym umiejętnościom. Szefowie jego nowego klubu mówią o "rozwoju", a nie o "możliwościach" Polaka. Warto wreszcie podkreślić, że droga Gortata do NBA była spokojna, dobrze zaplanowana, a jego podejście właściwe – choć to człowiek niemal ponadambitny i ogromnie pewny siebie. Ktoś (i sam Marcin) potrafił po prostu te ambicje właściwie wykorzystać i przekuć w sukces. Jego agent, znany w Europie Dejan Vidicki, był w tle, ale zadbał, żeby z Gortatem pracowali dobrzy trenerzy i żeby sam koszykarz latem nigdy nie próżnował. Z roku na rok Gortat grał w coraz lepszym klubie, przeciwko coraz lepszym zawodnikom. Miał też szczęście – bo mógł to czynić bez zmiany klubu – jego Rhein Energie Kolonia rósł w siłę w tym samym czasie. No i wreszcie – nie zapalił się bez potrzeby wyborem w drafcie w 2005 roku, nie uznał, że to koniec drogi, tylko pracował, pracował i pracował.

Jako kibica reprezentacji martwi mnie tylko, że Gortat nie jest chętny do gry w reprezentacji we wrześniowych mistrzostwach Europy. Szkoda, bo jego entuzjazm Polakom bardzo by się przydał. Trener Andrej Urlep na pewno wie, co trzeci Polak w NBA może wnieść do kadry, i zapewne cierpliwie wytłumaczy Gortatowi, że korzyści z gry w Hiszpanii będą miały obie strony. A ten, choć zawsze dużo i głośno mówi, potrafił – jak się okazało w ostatnich dniach – zawsze wybrać najlepszą drogę.

Przy okazji jeszcze kilka uwag na ten temat:

1. Marcina Gortata pierwszy raz zobaczyłem w 2002 roku na mistrzostwach Polski juniorów w Stargardzie, kiedy w meczu ŁKS Łódź – Śląsk Wrocław mierzył się z uznanym już wtedy zawodnikiem Pawłem Mrozem. I był lepszy, co mnie zaskoczyło. Wtedy jednak niewiele umiał, rzucał nawet za trzy punkty, grał bez głowy. Widać było jednak, że coś w nim drzemie. Cieszę się, że doszedł gdzie doszedł, bo pokazał wszystkim, jak powinno się w sporcie planować karierę.

2. Przyrzekam, że po raz ostatni, ale jeszcze raz wypomnę. Wypomnę trenerowi Polonii Warszawa i prezesowi Anwilu Włocławek, że w 2003 roku nie byli zainteresowani (jak większość Polski) młodym wysokim chłopakiem z Łodzi. Może i nie mieli szans na kontrakt z Gortatem, ale zmarnowali dla swoich klubów wielką szansę. Może teraz to Polonia lub Anwil kasowałyby klub z Orlando na 450 tys. dolarów wykupnego? Nikt nie widział potencjału w Gortacie, tak jak nie widzi się do dzisiaj potencjału w innych wysokich zawodnikach z Polski. Na boga, jeśli tylko nawet mają oni służyć jako sposób na zapełnienie klubowej kasy, jeśli tylko mają być wabikiem na naiwnych menedżerów z NBA, których można naciągnąć na szmal, to czyż nie warto poświęcić czasu i pieniędzy na pracę z tymi chłopakami?

Galeria bardzo wysokich koszykarzy urodzonych w latach 80., z którymi w Polsce nikt w ogóle albo źle pracował lub też kisił na ławkach, jest spora i kolorowa. Dawid Przybyszewski (1981, 213), Łukasz Obrzut (1982, 215), Paweł Mróz (1984, 215), Janusz Mysłowiecki (1984, 220), Bartosz Lewandowski (1986, 220), Tomasz Kwiatkowski (1987, 214), Adam Łapeta (1987, 217). Nie wiem, czy o kimś nie zapomniałem. Oni wszyscy powinni grać w polskiej lidze, nawet w słabszych klubach. Rafał Bigus pokazał w tym sezonie, co znaczą centrymetry. Warto?

A tymczasem ktoś pokierował źle ich karierami i niewiele znaczą, choć niektórzy z nich zarobili sporo pieniędzy. I niech mi nikt nie mówi, że oni nic nie umieją. A kto ich uczył? Gdyby ktoś nie zmarnował ich najlepszych lat, kto wie co by się stało? Gdyby dać im minuty i szansę, nawet w I lidze, co mogłoby być? Nie wiemy i się nie dowiemy. I jeszcze jedno. Ciągle słyszę, że ci chłopacy albo nie mają ochoty na pracę (a kto z nas miał, mając 18-20 lat?), albo lubią się zabawić (a kto z nas nie lubił mając tyle lat?), albo są jacyś tam. I to jest właśnie problem, że zamiast ich uczyć pracy, koszykówki, a także umiejętności bawienia się i życia, tylko się o nich gada. W Polsce. Niestety. A na świecie, mimo że wysokimi się gra mniej niż kiedyś, ciągle docenia się potęgę dobrze wyszkolonego centra. Bez Gasola (albo obu) nie byłoby wielkiej Hiszpanii, bez Papadopoulosa świetnej Grecji, są przecież ciągle Nesterović, Kasun, Rebraca, David Andersen, Besok, a nawet taki drewniak jak Van Den Spiegel może sobie w Prokomie zarobić setki tysięcy euro. Ale ktoś kiedyś z nimi pracował i czegoś ich uczył. To nie były samorodki…

3. Marcin Gortat nie grał w reprezentacjach juniorskich, co miało sens, bo późno zaczął przygodę z koszykówką. Ale był już w młodzieżowej reprezentacji, która w 2003 roku wystąpiła w turnieju w Wałbrzychu, walcząc nieudanie o awans do finałowego turnieju mistrzostw Europy. W zespole trenera Tomasza Służałka jednak praktycznie w ogóle nie grał. To tylko jeden z etapów kariery tego zawodnika (i wielu jemu podobnych), w których nie docenia się jako korzykarza gracza powyżej 210 cm. Owszem, rzadko umieją oni wiele albo wszystko, ale mają wzrost! A ten nadal – nawet jeśli tylko w obronie – jest nie do przecenienia.

Wtedy w Wałbrzychu praktycznie nie grał także w ogóle Mróz (214 cm), a poza dwunastką był Mysłowiecki (220 cm). W tamtej drużynie grali: Koszarek, Świętoński, Malesa, Wójciak, Szlachtowicz, Stelmach, Barycz, Lampe. Szkoda, że tak niewielu z nich dzisiaj jest w ważnych rolach w polskiej lidze, gdzie ich miejsce. Na szczęście chociaż jeden Koszarek miał szczęście do trenerów.

4. W Przeglądzie Sportowym była tabelka, w której Marcin wdrugim roku gry w Kolonii był 'liderem zespołu'. To trochę nie tak, bo liderem to on nigdy nie został. W pierwszym roku praktycznie nie grał, w drugim zaczął grywać mało z rezerwy, w trzecim był zmiannikiem na kilkanaście minut i mistrzem Niemiec, a w ostatnim był podstawowym zawodnikiem. I tyle. 🙂

I na koniec z innej beczki: – Kadrowicze wypowiedzieli się po powrocie do Polski. Mówią, że dobrze, że pojechali. A więc wszystko zgodnie z planem, tak jak przewidziałem. Bo jak raz jeszcze podkreślę, po tym, jak wyglądały mecze kadry Urlepa w USA, uważam, że to był bardzo pożyteczny wyjazd.

Kadra po USA – z kim i jak, patrząc z daleka

Niewiele wiemy, bo nic nie widzieliśmy. Znamy statystyki (ze strony turnieju, tam też opisy niektórych meczów) i krótkie opinie kierownika kadry zamieszczane na ledwie żywej stronie www.koszkadra.pl. Jednak na tyle, na ile można, chciałem podsumować występ reprezentacji Polski na turnieju ligi letniej (nie NBA) w Long Beach w Kaliforni.

A więc po kolei. Oto podsumowanie wyników Polaków z zespołami o pięknych nazwach:

70:81 Play2Win Delta Jammers

78:62 z L. Smith & Associates

90:91 z Pepsi Pros (2 dogrywki)

63:69 z Hoosier Daddy

plus walkower w jeszcze jednym meczu, w którym Polacy odmówili gry w hali w Hollywood, gdzie pozostałe zespoły ochoczo grały. Zamiast meczu odbył się sparing między dwiema drużynami złożonymi z zawodników przeciwnika Polski. – Jesteśmy profesjonalną drużyną i na granie w hali bez szatni i z podejrzaną nawierzchnią nie mogliśmy się zgodzić – wyczytałem w 'Pomorskiej' taką mniej więcej wypowiedź Arka Lewandowskiego, kierownika zespołu, co tylko ostatecznie pokazuje, jaki to był turniej.

Ale do tego wrócimy później. Warto więc podkreślić, że Polacy wygrali TYLKO JEDEN MECZ na cztery (tylko!) rozegrane przez 14 dni pobytu w Kalifornii.

A teraz podsumowanie statystyczne Polaków. Zadałem sobie trudu i podliczyłem każdego z osobna. Mam nadzieję, że ta tabelka jest w miarę czytelna. Niestety – nie udało mi się jakoś tutaj jej wkleić, ale jest jako link. W tabelce na żółto oczywiście sumy i średnie z Long Beach każdego zawodnika. (Brak minut w pierwszym meczu, dlatego średnie minut są z pozostałych trzech).

Co z tego wynika?

Że Filip Dylewicz trafił wszystkie trójki.

Że Radosław Hyży miał 9 strat i 12 fauli oraz 4 punkty, 5 zbiórek i 0 przechwytów.

Że Michał Ignerski jest w świetnej formie i to znakomita wiadomość.

Że Iwo Kitzinger sobie nie pograł.

Że Łukasz Koszarek miał 19 asyst i 10 strat, co tylko może cieszyć.

Że Maciej Lampe generalnie się kadrze bardzo przyda.

Że Andrzej Pluta nie mógł się wstrzelić w amerykański kosz, a za trzy było dla niego za daleko.

Że Krzysztof Roszyk nie trafił z gry i grał mało, bo Michał Ignerski…

Że Robert Skibniewski odwrotnie niż Koszarek miał więcej strat (6) niż asyst (3), ponadto zagrał kiedy już miał nie grać z powodu kontuzji (w ostatnim meczu).

Że Szymon Szewczyk walczył, mimo że na jego pozycji było mało minut.

Że o Krzysztofie Szubardze nic nie można powiedzieć.

Że Robert Witka nie mógł trafić.

Że Bartłomiej Wołoszyn zagrał tylko raz i to słabo.

Że Adam Wójcik to ciągle Adam Wójcik.

Że Polakom było za daleko do rzutów za trzy i zdecydowanie za blisko do strat.

Reszta to tylko spekulacje. Ale za to mogę jeszcze poopowiadać o tych gościach, którzy nam dokopali. Bo spekulacje o poziomie rywalizacji (czy sędziowie sędziowali tak czy owak) trwały cały czas. No to otworzyłem Eurobasket i przejrzałem informacje o naszych rywalach z Long Beach. (Brałem pod uwagę dwóch najlepszych strzelców rywali i ciekawsze nazwiska).

Maurice Spillers – 25 punktów dla Play2Win Delta Jammers. 33 lata, 199 cm, college Utah State, później gwiazda na Islandii (99-00), grał w ligach ABA i CBA, poza Ameryką jeszcze w Korei, Luksemburgu, Austrii, Meksyku, Argentynie i Wenezueli. Ostatni sezon Boca Juniors w Argentynie, 10,9 punktów na mecz, Boca została mistrzem Argentyny, ale już bez naszego bohatera.

Ron Selleaze – 13 punktów dla Play2Win Delta Jammers. 31 lat, 197 cm, college Brigham Young i Cal State Bakersfield (II dywizja), grywał w różnych ligach w USA, w Szwecji (krótko), Norwegii, Meksyku. Sezon 2005/06 w Niemczech (Tuebingen, 16,6 pkt. w 12. zespole Bundesligi), ostatni sezon w Argentynie (Regatas Corrientes), nieskończony, 15,4 pkt. na mecz w 17 spotkaniach (zespół zajął 5. miejsce).

Dla Play2Win Delta Jammers grali także Kenny Walker i Damien McSwine, znani powszechnie w Polsce – Walker grał w tym sezonie w Polonii Warszawa, a McSwine po kilku meczach wyleciał z Polpaku Świecie.

Jamaal Thomas 18 punktów dla L. Smith & Associates. 27 lat, 202 cm, college Angelo State (dywizja III). Tego zawodnika pamiętają na pewno w Koszalinie (a może i nie na pewno), bo grał 11 meczów w AZS w sezonie 2004/05 (średnia 11,7 pkt. na mecz). Poza tym w dorobku ma Meksyk, II ligę w Argentynie, a w ostatnim sezonie NBDL – 47 meczów, 9,3 pkt. na mecz w dwóch klubach.

Akbar Abdul-Ahad 15 punktów dla L. Smith & Associates. Wiek nieznany (ale gdzieś zapewne około 22 lat), 183 cm. Skończył w tym roku uniwersytet Idaho State (jeden z najsłabszych w bardzo słabej konferencji Big Sky). Średnie 13,2 pkt. i 4,1 asysty na mecz. Ciekawostka z Eurobasketu – 'His parents are Matt Steensland and Chiffon Williams'… Hmmmm…. Chłopak miał na pewno trudne dzieciństwo.

Dla L. Smith & Associates grali także Charles (Bo) Outlaw – zawodnik bardzo znany z NBA, showman i specjalista od obrony, a także Nate Johnson, który kiedyś zagrał jeden mecz w Eurolidze w Olimpii Lublana, ale od października 2005 roku nie grał w koszykówkę zawodowo (nawet w USA).

Ronald Ellis 22 punkty dla Pepsi Pros. Nie wiem, czy to ten, ale innego Eurobasket nie zna – wiek nieznany, 184 cm, ostatnio widziany na boisku w sezonie 2004/05 w zespole uniwersytetu Grambling State (nawet mi się nie chce szukać, co to za ciekawostkowa uczelnia). Wtedy tam średnie 10,7 pkt. i 1,1 asysty. Od tego czasu nawet w sensie lig letnich w USA cisza.

Shaun Fountain 17 punktów dla Pepsi Pros. Człowiek-Fontanna (o kobietach-fontannach słyszałem, a jużci…) ma 30 lat i 178 cm wzrostu (oficjalnie, więc pewnie w butach na koturnie). Karierę bardzo bogatą. W 2000 roku ukończył cieniutką uczelnię Wisconsin-Milwaukee (11,6 pkt. i 1,9 asysty). Poza występami w krzaczastych ligach w USA (wyróżnił się tylko przez chwilę w CBA w ostatnim sezonie) ma za sobą sezon w piątej lidze francuskiej i dwa miesiące w Wenezueli.

Dla Pepsi Pros (przypominam, porażka po dwóch dogrywkach) grał także Vincent Jones. Absolutna gwiazda polskiej ligi trzy lata temu, kiedy blokował wszystko co się dało dla Polonii Warszawa ('Samolot'!), ale później nie grał niemal wcale. W sezonie 2004/05 zaliczył trzy mecze we Francji (Dijon) i 14 w Turcji (Darussafaka). A ostatni sezon spędził w Syrii, w zespole razem z Juliusem Nwosu i trzema anonimowymi Brazylijczykami (nie licząc Syryjczyków). Strona jego drużyny wygląda tak. Może ktoś coś odcyfruje? Tu jest Vincent jak żywy na zdjęciu. A w finale w Long Beach miał 12 bloków…

Jabril Hodges 23 punkty dla Hoosier Daddy. 23 lata, 188 cm. Eurobasket nie przyjmuje do wiadomości imienia Jabril, ale jest Jibril z uniwersytetu Long Beach State, więc to pewnie ten. Uczelnię skończył rok temu (średnia 14,1 pkt. na mecz na ostatnim roku), a wczesną wiosną tego roku grał przez miesiąc w jordańskiej Excellent League (czemu takiej nie ma u nas?), ze średnią 5,7 pkt. na mecz.

Larry Williams 16 punkty dla Hoosier Daddy. Wiek nieznany, 183 cm. Znany tylko ze stritbola w wykonaniu And1 – jako 'Bone Crusher'. Żadnego college'u, żadnej ligi, nawet w USA, jakieś epizody w ABA, która ma w ostatnich sezonach 200 klubów i nie wiadomo, jaki system gry.

Dla Hoosier Daddy grał także Keith Closs. Kiedyś wielka nadzieja NBA, 218 cm wzrostu, dzisiaj 31 lat. Zarobił kilka milionów dolarów na pięcioletnim kontrakcie w Los Angeles Clippers, ale niewiele tam grał. Od 2001 roku tylko w różnych ligach USA, ostatnio w ABA średnio 6,3 punktów na mecz (i 3,0 bloku).

W innych zespołach… Sam Mack się pojawił na przykład. 37 lat, kiedyś nieźle w NBA (najlepiej chyba w Houston Rockets), ale od 2002 roku tylko epizody po kilka meczów w Rosji i II lidze hiszpańskiej.

W finale ligi w Long Beach błyszczeli David Jackson (40 pkt.) i Kevin Bradley (26 pkt.). Jackson ma 29 lat, 193 cm, grał w uczelniach Utah i Oregon, Korei, CBA i w ostatnim sezonie chwilowo (ale nieźle) w NBDL, a profesjonalnie w Europie w Sienie (! – 8 meczów, 10,8 pkt. na mecz), w Granadzie (ACB – 5 meczów, 0,6 pkt. na mecz) i ostatnio w Artland Dragons w Bundeslidze (12,3 pkt. w 13 meczach). O ile to oczywiście ten David Jackson, bo tych jak psów.

Bradley ma 29 lat, 183 cm wzrostu, grał w Utah, a później w Austrii, na Cyprze i w II lidze Izraela. Od 2003 roku po prostu nie grał (poza ligami letnimi).

Całkiem nieźle radził sobie także Ime Oduok, znany ze Śląska Wrocław z ostatniego sezonu. Innych znajomych nie znalazłem. Noooo – i oczywiście Penny Hardaway, który miał być główną atrakcją. Były wielki gwiazdor Orlando Magic chyba jest już ostatecznie na dobrze opłacanej z procentów na lokatach emeryturze. Zagrał 1:08 min w pierwszym meczu, w trzecim (minuty nieznane) miał 1 faul, w piątym 2:23 min i to by było na tyle. Poza tym w statystykach same zera. W meczu z Polską nie wystąpił.

O Kareemie Abdulu Jabbarze juniorze zamilczę. Sami poszukajcie, jak chcecie.

To są fakty. Więc w podsumowaniu tylko kilka zdań. Uważałem przed wyjazdem, że marnowanie 1/4 budżetu polskiej kadry na tak kiepski turniej nie ma żadnego sensu i rozeznanie w tym, co się dzieje w USA po prostu wypada mieć. Częściowo nazwiska rywali, afera z halą i inne znaki (narzekanie na styl sędziowania) taką opinię potwierdzają. Śmieszy mnie także trochę twierdzenie (a takie słyszałem), że dzięki grze z czarnoskórymi zawodnikami w Long Beach lepiej będziemy sobie radzić z Francją w finałach ME, bo pachnie to rasizmem (którego się wystrzegam!), a poza tym gdzie MVP finałów NBA Tony Longoria, a gdzie Akbar Abdul-Ahad i człowiek-fontanna.

Ale – ale. Po namyśle nie jestem aż takim prześmiewcą i pesymistą. Skoro dostawaliśmy w łeb, to ma to sens (sam Urlep to zawsze podkreśla). Skoro dwa tygodnie integrowaliśmy się, to ma to sens. Jeśli zdobyliśmy dla kadry Macieja Lampe i Michała Ignerskiego, to ma to sens. Ciekawe doświadczenie, na pewno. Więc ostatecznie niespodziewanie może to wyjść na plus. Po owocach poznamy ich.

Więc czekam na wypowiedzi kadrowiczów po powrocie, który chyba właśnie następuje, i na skutki tych długich przygotowań w następnych turniejach (już z poważnymi rywalami) i w samych mistrzostwach.

Przypominam – dopiero od 3 do 5 września w Alicante w meczach z Francją, Słowenią i Włochami okaże się, z czego zbudowana jest polska ekipa. Do tego czasu nie ma mądrego. Niech dołączą do kadry Gortat, Trybański i Chyliński i zobaczymy.

A propos Gortata, ma szanse na kontrakt ogromne. Choć nie wszystkie mecze w lidze letniej mu wyszły (wbrew niektórym opiniom mediów), ale Orlando Magic powinni go wziąć do zespołu, a to spowoduje, że Marcin z entuzjazmem powinien grać w reprezentacji. Oby tak się stało.

A propos ME w Hiszpanii, ponieważ padło pytanie: Polsat Sport zrobi na pewno mnóstwo transmisji, myślę, że nawet po 2-3 dziennie poza meczami Polaków. Komentatorów zapewne będzie na miejscu dwóch. 🙂 Nie będzie wśród nich żadnego debiutanta przed mikrofonem, a także żadnego pracownika klubu z Sopotu. Ale na szczegóły jeszcze poczekajmy. 🙂

Nasze miejsce w młodzieżówkach

Nie będę się mądrzył i narzekał. Choć wynik naszej młodzieżówki nie może być zadowalający. Porażki z Niemcami i Czarnogórą sprawiły, że znów nie awansowaliśmy do Dywizji A. Widziałem zaledwie trzy i pół meczu na własne oczy, ale jakieś tam wnioski chyba mam prawo wyciągnąć. Tym bardziej, że na palcach jednej ręki można było policzyć ligowych trenerów i prezesów, którzy byli na tych wszystkich meczach, co ja. Mam nadzieję, że tylko ich przeoczyłem, bo mając okazję obejrzeć taki tłum zawodników powinni tu być dzień po dniu. Choćby dlatego, żeby dokładnie przyjrzeć się Polakom z zespołu Jerzego Chudeusza, bo jest komu. 

Mowa oczywiście o turnieju grupy B U-20 w Warszawie, który do niedzieli się odbywa w halach na Kole i Bemowie. Fajny turniej, kilku zawodników warto obejrzeć i wybrać się do hal w sobotę i niedzielę na decydujące mecze. Niestety, już nie będą to mecze o wszystko dla Polaków. Lubię trenera Chudeusza i cenię jego pracę, ale niestety jest to porażka. Można było walczyć o wszystko w półfinale, a tymczasem jedna tragiczna kwarta kompletnie rozbiła drużynę. Czwarta część meczu z Niemcami została rozegrana tragicznie, bez pomysłu, bez inspiracji z ławki, bez zmian w taktyce gdy Nikita Charczenkow trafiał raz za razem, a rozgrywający Per Gunther robił co chciał. I nie chcę słyszeć argumentów, że w pozostałych 19 kwartach do tego momentu graliśmy świetnie. To jest sport, a w nim trzeba grać świetnie w momencie, kiedy trzeba grać świetnie. Niemcy to potrafili. A dzień później zespół (i chyba też trener) w meczu o wszystko z Czarnogórą nie rzucił się do walki do krwi ostatniej tylko odbył mecz. Szkoda.

Jedno jednak już wiem, że dywizja B to nie jest bułka z masłem, bo grają tu naprawdę świetne zespoły. A także świetni trenerzy, bo choć Niemiec Emir Mutapcić w Albie Berlin niewiele osiągnął kilka lat temu, to jednak jest to trener znany w Europie. Nie ma więc sensu słuchać opinii, że wygrana w dywizji B powinna być dla Polaków oczywistością, a słyszałem takie choćby od trenera kadry.

W takim turnieju najważniejsze jednak nie są nawet wyniki, ale osobowości. Dlatego po kilka zdań mojej subiektywnej oceny polskiej dwunastki i ich szans w dorosłym baskecie.

Mateusz Bartosz (rocznik 1987, 202 cm) – rewelacja ostatnich miesięcy z Pyry/Politechniki Poznań. Nie dziwię się już jak mógł mieć 25 zbiórek  w finale mistrzostw Polski juniorów starszych. Człowiek niewiele umie, ale jak zbiera! Prawdziwy żarłacz! Ma podstawę do bycia świetnym koszykarzem, takim Felipe Reyesem polskiej koszykówki, ale jeśli najbliższe pięć lat solidnie przepracuje poprawiając technikę i rzut. I dla własnego dobra powinien to robić albo w Poznaniu, albo na podobnym poziomie w Polsce. Na pewno nie w USA, bo słyszałem, że były takie pomysły. Czy to możliwe, że rok temu nie grał w koszykówkę nawet na poziomie II ligi? I czy jest synem byłego centra Spójni Stargard z moich pacholęcych czasów Mariusza Bartosza, który też walczył? Może zapytam w sobotę. 🙂

Kamil Pietras (1988, 208 cm) – o rok młodszy, więc jeszcze zagra wśród młodzieżowców. Nie wiem, czy będzie gwiazdą, ale powinien być solidnym centrem na poziomie reprezentacyjnym. Rzadko spektakularny, ale trzeba docenić, jak niesamowicie kończy akcje pod koszem. Jest cierpliwy i dokładny, nieźle wyszkolony, nie wpada w panikę, nieźle rozumie grę. Jeśli będzie pracował, to zajdzie daleko. I pewnie w Polsce nigdy nie zagra.

Kamil Michalski (1987, 182 cm) – no tak, to są skutki niegrania. W Warszawie spisuje się naprawdę nieźle, ale mogłoby być jeszcze lepiej – zwłaszcza w sprawie dbania o tempo gry i myślenie o zespole – gdyby nie przesiedział ostatniego roku na ławce. Choć niczego to nie gwarantuje (patrz niżej przy Gabińskim), ale mogłoby pomóc. Moim zdaniem jest gotowy do gry w zespole dolnej części ekstraligi w roli drugiego rozgrywającego. A tak w ogóle to Robert Kościuk powinien być dumny – bo Michalski jest jak jego klon (co jest komplemetem). 🙂

Marek Piechowicz (1988, 202 cm) – od kilku lat uważam, że to wielki talent. Oczywiste są jeszcze braki (rzut z dystansu – kto nad tym pracował? ktokolwiek?), ciągle gra nierówno, ale możliwości ogromne. Ogólnie gra w tym momencie jak Krzysztof Roszyk, a mógłby jeszcze lepiej. Z trójki importowanych włocławian w tym zespole moim zdaniem najbardziej zasługuje na szansę w pierwszym zespole Anwilu.

Bartosz Diduszko (1987, 197 cm) – czas na dorosłość. Na razie to ciągle młody zawodnik, który popełnia wiele błędów i nie widać, żeby poprawił się od roku (na ławce w Śląsku…). Turniej przeciętny, tym bardziej, że największym kłopotem Polaków wydawały się straty i fatalna skuteczność rzutów z dystansu. A to jego domeny.

Damian Kulig (1987, 204 cm) – jak babcię kocham, młody Piotr Szybilski. No, może nieco niższy. Ale podobna charakterystyka, podobny styl gry. Miejmy nadzieję, że za 15 lat nie będzie w punkcie, w którym obecnie jest Piotr. Ale wracając do Kuliga, świetnie, że będzie grał w pierwszej lidze, bo nabierze jeszcze większej pewności siebie. Już teraz wyróżniał się pod tym względem.

Jakub Dłuski (1987, 202 cm) – bardzo fajny silny skrzydłowy. Mówi się, że idzie do Anwilu, ale na jego miejscu to pograłbym rok w I lidze lub na dole ekstraligi. Może być niedługo czołowym ligowcem, ale musi pamiętać, że często zawodnicy dominujący fizycznie nad rówieśnikami w wieku juniorskim mają ogromne kłopoty, kiedy przyjdzie się mierzyć z prawdziwymi mężczyznami. Dlatego dalsza praca nad techniką nie zaszkodzi.

Jacek Jarecki (1988, 195 cm) – po czołowym zawodniku I-ligowej Stali Stalowa Wola spodziewałem się więcej. Na tym turnieju miał spore kłopoty z grą daleko od kosza. Niezły w obronie, ale nie idealny, zbyt emocjonalny, zamiast wyrachowany. W ataku najsprawniejszy polski koszykarz, ale trzeba umieć z tego korzystać.

Dariusz Kalinowski (1987,182 cm) – polski Allen Iverson (bez tatuaży). Fajnie się go ogląda, umie podać niekonwencjonalnie i trafić z trudnej pozycji, ale ileż energii marnuje na niepotrzebne popisy – jak to mówią w jednej ze stacji – 'bolhendlingu'. Tu także, jak w wypadku Jareckiego, aż się prosi o trenera, który będzie miał pomysł, jak ten wielki potencjał wykorzystać. Na pewno nie będzie – podobnie jak jego starszy brat Jarosław – rozgrywającym, ale to też nic złego. Iverson też nie jest. 🙂

Karol Szpyrka (1987, 184 cm) – grał już w juniorach Śląska, a ostatnio w Resovii, ale w tym turnieju poza presją na rozgrywających rywali (za to można pochwalić wszystkie polskie jedynki) niewiele pokazał. Widać u niego wyraźnie stały problem polskich rozgrywających, czyli to, że nie są rozgrywającymi, tylko najmniejszymi koszykarzami. A to zasadnicza różnica.

Piotr Hałas (1988, 190 cm) – też rozgrywający. Mniej asyst od niego w polskiej dwunastce ma tylko Jakub Dłuski… Podobał mi się Hałas w epizodach w Śląsku, ale na tle niezłych rywali w Warszawie ma kłopoty z byciem rozgrywającym, nie mówiąc o rzucaniu. Widać, że może być kimś, ale naprawdę wiele pracy nad techniką i taktyką koszykówki go jeszcze czeka. No i grać już trzeba, co dotyczy wszystkich zawodników tej dwunastki. Każdy z nich musi mieć 20-30 minut co najmniej na poziomie polskiej pierwszej ligi. Każdy! Także Diduszko i Hałas, kitrani nie wiadomo po co w Śląsku.

Michał Gabiński (1987, 202 cm) – celowo na końcu. Wydawało się, że ten młodzian ze Stalowej Woli wszystko robi dobrze. Podpisał wieloletni kontrakt z Anwilem, został z nim mistrzem Polski juniorów i MVP finałów, ostatni sezon grał dużo i nieźle w Inowrocławiu w pierwszej lidze. A tymczasem jest to ogromne rozczarowanie. Trzy-cztery lata temu skauci z NBA mieli go na listach kandydatów do draftu. Teraz jest najgorszym polskim zawodnikiem turnieju. Wystarczy rzucić okiem w statystyki. Jak na wysoką 'trójkę' nie ma żadnych atutów. Słabo (i bez wiary!) rzuca, fatalnie się porusza w obronie i ataku, nie wymusza fauli. Co najważniejsze jednak – nie recenzuję go surowo dlatego, żeby zniechęcić. Wręcz odwrotnie, zachęcam, żeby ktoś wreszcie na poważnie zajął się Gabińskim. Może mu ktoś pokaże, jak trzeba się poruszać na nogach w ataku, poćwiczy rzuty w sytuacjach meczowych (patrząc na resztę polskiej młodzieżówki zresztą też mam wrażenie, że wszyscy tylko ćwiczą rzuty z pozycji stacjonarnej bez obrońców), da jakąś rolę na boisku i wytłumaczy, jak się ta rola przekłada na zadania. No i ja na miejscu Michała bym po turnieju odpoczął tydzień a potem codziennie biegał. I mam nadzieję, że w najbliższym sezonie ligowym pokaże, że ten turniej to była pomyłka.

W składzie Polski zabrakło – a szkoda! – kontuzjowanych Mateusza Jarmakowicza i Mateusza Bierwagena (roczniki 1988). Z rocznika 1988 nie było jeszcze Artura Busza, Tomasza Prostaka i Bartłomieja Czarkowskiego (grali rok temu w U-18). A z rocznika 1987 także Tomasza Smorawińskiego, Michała Świderskiego, Daniela Badeńskiego i przede wszystkim Adama Łapety, którzy grali w U-18 dwa lata temu. Niektórzy pytali także o zawodnika Weissa z Zabrza, który ponoć świetnie grał w MP juniorów starszych.

I jeszcze jedna uwaga. W dwunastce Polski nie było żadnego zawodnika Prokomu Trefl Sopot. Ten klub właśnie w tych rocznikach miał dwie wielkie gwiazdy i kilku innych świetnych zawodników, niektórych z nich ściągał z innych klubów. I co? Ani Adam Łapeta (217 cm), ani tym bardziej Paweł Podgalski, nie liczą się w świecie prawdziwej koszykówki. (Przy okazji – co się stało z Jakubem Boguszem???). Ponoć młodzieżowa koszykówka to oczko w głowie prezesa Kazimierza Wierzbickiego. Oby coś z tego wynikało, bo na razie z kolekcjonowania zdolnych zawodników nic nie wynikło. W kolejce do zmarnowania i ukiszenia czekają najzdolniejsi z rocznika 1989 – Adam Waczyński i Igor Trela.

I na koniec raz jeszcze apel do młodych koszykarzy – widziałem już niejednego zdolnego, który się dał omotać agentom i mamonie. Dla dobra naszego wspólnego proszę was – wybierajcie sobie kluby sami i idźcie tam, gdzie będziecie mieli dużo minut gry lub dobrą pracę na treningach u prawdziwych fachowców, życzliwych wam, a nie wrzeszczących bez sensu. A najlepiej jedno i drugie. 🙂 Nazwijmy to 'zasadą Iwo Kitzingera'. Powodzenia!

Za cudze pieniądze

Ha! Nie było mnie w tym miejscu prawie miesiąc, w końcu trzeba było sobie zrobić wolne. Od kilku dni planowałem powrót, bo do pisania jednak ciągnie, ale wciąż coś/ktoś nie pozwalał. Choćby wczoraj – Contemporary Noise Quintet (zdecydowanie sekstet) w Złotych Tarasach w Warszawie. Częściowo rodzina Mirosława Alojzego, ale nie tylko dlatego muzyka godna polecenia. 🙂 Rewelacja po prostu!

W najbliższych dniach zapewne wrócę do stałego pisania, tematów jest aż nadto (zmiany w składach, nowy mocny Prokom, niu-dżop Mirosława Alojzego, kadra się zbiera). Dzisiaj całkiem rankiem do pisania zmobilizowała mnie reakcja na forum gazety na tekst Łukasza Ceglińskiego o wyjeździe kadry na ligę letnią

Nie jest zbyt mądre dyskutowanie z wpisami na forum (anonimowymi reakcjami na publiczne działania), choć użytkownik podpisujący się Mateo jako żywo przypomina znanego agenta koszykarskiego znanego jako Mateo. Ale ponieważ padają personalne zarzuty, to odpowiem.

Chodzi o wpis o treści:

POCZĄTEK CYTATU

Jak to Panowie autorzy jest? Jeszcze niedawno kolega Szeleszczuk wystawia
dwoje PZKOszowi za to, ze na Lige Letnia ta nie sponsoruje wyjazdu
dziennikarzy czolowych polskich gazet i czasopism, bo tym nie mozna
podtrzymac zainteresowania dyscyplina…

Teraz Panowie Ceglinski i Romanski krytykuja za wyjazd (moze wlasnie dlatego,
ze PZKosz sponsorowac dziennikarzy nie chcial).

A Pan Romanski nie pamieta jak w zeszlym sezonie jezdzil za kadra za
pieniadze zwiazku, dzieki czemu mogl miec pozniej relacje w Wyborczej z
miejsc rozgrywania zawodow? W pewnym momencie sie jednak zapomnial i kadre,
ktorej zdarzyla sie wpadka (choc juz miala zapewniony awans) obsmarowal tak,
jakby ta spadla do nizszej ligi… zawody te ogladal- za pieniadze zwiazku,
ktory mu po takim artykule serdecznie podziekowal.

Jak to Panowie dziennikarze, punkt widzenia zalezy od punktu siedzenia.

Podejrzewam, ze nie byloby rozliczania zwiazku (z podkresleniem, ze az 12 tys
zl wyniesie koszt na 1 osobe pobytu w USA), gdyby znalazlo sie jeszcze troche
grosiwa coby zasponsorowac wyjazd gryzipiorkom. W koncu jak sami zasugerowali
w tekscie, mieliby fajne wakacje za cudze pieniadze…
KONIEC CYTATU

Po pierwsze, tekst napisał Łukasz, ja dołożyłem kilka informacji, mało znaczących, także rozmawialiśmy o tekście przed jego powstaniem, jak to bywa w pracy zespołowej. Dlatego jestem podpisany skrótem.

Po drugie, nie odpowiadam za to, co pisze w Życiu Warszawy Shelken.

Po trzecie, oczywiście, że pamiętam, że jeździłem z kadrą przez ostatni sezon za pieniądze związku. A jeździłem nie dla własnej wygody, ale po to, żeby były informacje o reprezentacji w 'Gazecie' i na stronie reprezentacji pod adresem koszkadra.pl (obopólny interes). Co więcej, zostało to przypieczętowane umową między 'Gazetą' i PZKosz, który także otrzymał w Gazecie reklamy. Nie widzę w tym skandalu. Tym bardziej, że (punkt 4)…

Po czwarte, rok temu miała miejsce afera związana właśnie z moim tekstem po meczu z Bułgarią. Napisałem otwartym tekstem co myślę po 30-punktowej porażce, a myślałem źle (późniejszym wieczorem się okazało, że i tak wywalczyliśmy tego dnia awans) i stałem się wrogiem numer jeden. Dzisiaj uważam, że to był błąd, ale nie dlatego, że siedziałem w kieszeni związku (bo nie siedziałem), ale dlatego, że tekst był zbyt ostry. Pominę milczeniem pozostałe aspekty tej sprawy, np. to jak zostałem potraktowany, bo z pewnymi osobami podałem sobie od tego czasu ręce i nigdy nie miało to wpływu na moją pracę i dziennikarski obiektywizm (świadczy także o tym fakt, że do dzisiaj nikt nie mógł mi tamtego zdarzenia wypomnieć np. na forum gazety).

Po piąte, rozmowy o kontynuowaniu współpracy 'Gazety' z PZKosz – zgodnie z tym, co słyszałem – będą kontynuowane być może także w tym sezonie. Chyba, że się coś zmieniło ostatnio, ale o tym nic nie wiem. Mogę jednak ujawnić, że ja niedawno sam osobiście zrezygnowałem ze współpracy ze stroną koszkadra.pl (która była moim dzieckiem w pewnym sensie i żal mi), bo warunki zaproponowane przez PZKosz nie odpowiadały mi – i nie chodzi wcale głównie o pieniądze. Nie mam więc o to pretensji (sam zrezygnowałem!), po prostu uznałem, że odpoczynek lepiej mi zrobi. Ujawnię jeszcze jedno, chciałem lecieć do Long Beach jako korespondent 'Gazety' i koszkadra.pl (kiedy jeszcze wydawało się, że to będzie ciekawy turniej), w ramach współpracy 'Gazety' i mojej z PZKosz i koszkadra.pl W POŁOWIE NA WŁASNY KOSZT (rpt: dokładając z własnej kieszeni sporą sumę), ale nie zostało to zaakceptowane przez PZKosz. Kłóci się to więc trochę z obrazem przedstawionym przez 'Mateo'.

Po szóste wreszcie, Łukasz napisał tekst, z którym się w całości identyfikuję i co najważniejsze prawdziwy. Jeśli ktoś robi zarzut z tego, że pisze się PRAWDĘ bo się nie pojechało gdzieś tam, to chyba myli pojęcia. Tak samo, jak robi zarzut z tego, że dziennikarz mimo współpracy ze związkiem porażkę wysoką nazywa porażką wysoką, a nie wygraną.

Wielkimi literami dopisałbym do tego tekstu jedno zdanie: JEŚLI AWANSUJEMY DO ĆWIERĆFINAŁU ME W HISZPANII, TO DECYZJE URLEPA MOŻNA BĘDZIE TYLKO CHWALIĆ, NAWET JAKBY ZACZĄŁ ZGRUPOWANIE W MOZAMBIKU SERIĄ MECZÓW Z LESOTHO I BRUNEI. I nie zmieni tego dzisiejsze przedstawienie krytyczne naszych rywali z USA i przypomnienie, że inni zaczynają zgrupowania miesiąc później.

Podsumowując całą sprawę, uważam, że pomysł z Ameryką był dobry, ale trochę pechowo liga w Long Beach w tym sezonie mocno upadła. Mit, że są tam zawodnicy walczący o miejsce w NBA, jest zupełnie nieprawdziwy. W tym samym czasie 20 zespołów NBA wystawia swoje teamy w Las Vegas, a pozostałe w innych miejscach. Tam są zawodnicy walczący o NBA. W Long Beach są gorsi.

Zobaczymy, jak to wpłynie na naszą grę. Ciekaw jestem, jak tak długie zgrupowania wytrzymają zawodnicy, bo tygodniowa przerwa po Ameryce niewiele załatwi. Przypomnę – polskie zgrupowania od 20 czerwca do 3 września (początek ME) z tygodniową przerwą, a większość rywali zaczyna około 25 lipca. Owszem, być może musimy nadrobić zaległości do czołówki, ale czy aż tak?

A trenerowi Andrejowi Urlepowi bym wierzył, ale chyba brakuje w związku prawdziwego partnera dla Urlepa, mocnego dyrektora sportowego. Bo chyba nie jest nim prezes Roman Ludwiczuk, sekretarz Tadeusz Szelągowski, ani szef działu szkolenia Tadeusz Huciński?

I jeszcze jedno – 'Wprost' napisał, że obok Jacka Piechoty (znana sprawa) drugim sprawdzanym przez Centralne Biuro Antykorupcyjne parlamentarzystą jest właśnie prezes PZKosz Roman Ludwiczuk (senator PO). Jak rozumiem, chodzi o sprawdzenie, czy nie brał łapówek jako wiceprezydent Wałbrzycha. Byłem ostatnio na konferencji szefa CBA Mariusza Kamińskiego, który zapewniał, że jego dążeniem jest sprawdzanie KAŻDEGO oświadczenia majątkowego parlamentarzystów, a zaczyna od ludzi znanych z doniesień prasowych. Zastrzegał, że sprawdzanie nic nie oznacza, nie oznacza też podejrzeń. Panu prezesowi życzę, żeby nic nie wykryto, a żeby nie wykryto, bo nic do wykrycia nie ma.

 

Zabawy wideo

Ostatnio w ramach moich obowiązków służbowych mam szansę się wykazać wideo, więc polecam koszykarskie kawałki twórczości.

http://wideo.gazeta.pl/w?xx=4200503&v=2

http://wideo.gazeta.pl/w?xx=4202385&v=2

Więcej – także o piłce nożnej – na stronie wideo.gazeta.pl w dziale sport.

Newsem dnia są na pewno zmiany w regulaminie Dominet Bank Ekstraligi. Mi się tam podobają. Zwłaszcza brak ograniczeń dla Amerykanów, co postulowałem już kilka lat temu. Wreszcie jest. Szkoda tylko, że nie zniesiono faulu technicznego za brak Polaka na boisku.

Pomysł z eliminacjami do play-off jest ciekawy, ale chyba niedopracowany. Do dwóch zwycięstw? Mało… Będzie zbyt wiele zależało od jednego meczu. Ale z kolei wreszcie Polpharma Starogard ma szansę coś wygrać w play-off. 🙂

Dziękuję za sugestie w sprawie zastępcy dla Mirosława Alojzego. Do tego tematu wrócimy jeszcze.

Na razie tyle.

Cóżem Ci uczynił, Mirosławie Alojzy?!

No i ledwie się ten sezon skończył, a już wiele się dzieje. W najbliższym sąsiedztwie mnie zwłaszcza. Mirosław Alojzy, to już oficjalne, będzie asystentem trenera w Prokomie Treflu Sopot.

No cóż, wiedziałem, że się coś takiego kroi od dłuższego czasu. Koncepcje różne były już w czasie sezonu, ale ostatecznie Mirosław Alojzy został przy mikrofonie. Teraz odchodzi.

Będzie wielka szkoda, bo żywot wiecznie trzeźwych sabarytów, jaki wiedliśmy razem w weekendy od października do maja, był bardzo miły. Służbowo chyba też było nie najgorzej. Jeśli koszykówka ligowa pozostanie w Polsacie Sport, trzeba będzie poszukać nowego partnera. A może partnerów? No właśnie – Panie i Panowie – jakie macie propozycje? Może mnie zainspirujecie? Mam kilka nazwisk w notesie, ale chętnie posłucham…

Wracając do Mirosława Alojzego, jego angaż to na pewno ciekawe posunięcie. Zna angielski nieźle, więc pomoże na ławce Panu Kijewskiemu. Ale ciekaw jestem, czy więcej o nowoczesnej koszykówce dowie się Mirosław Alojzy od Pana K., czy odwrotnie. 🙂 Dla Mirosława Alojzego to na pewno praca marzeń – na tym etapie życia i kariery można być świetnym asystentem, zwłaszcza, że to wreszcie czołowy klub polski – będzie mógł pokazać, że polscy szkoleniowcy mogą więcej z dobrym budżetem, niż jacyś tam Urlepy czy Filipovskie. Szczerze życzę powodzenia i czekam na efekty.

Dla statystyków, w tym jakże ważnym momencie, dorobek Mirosława Alojzego jako trenera w ekstralidze (poza tym prowadził zespoły w niższych ligach kobiecych, juniorki Polonii Warszawa i młodzieżowe żeńskie reprezentacje Polski w różnych kategoriach wiekowych, Instal Białystok w III lidze, Provide Włocławek w III i II lidze oraz Unię Tarnów krótko w II lidze, a także żeński zespół z Wurzburga przez 3/4 sezonu w Bundeslidze kobiet):

sezon 1995/96 – Dojlidy Białystok, 3 mecze, bilans 1-2, zwolniony po czwartej kolejce

sezon 1997/98 – Unia Tarnów, 21 meczów, bilans 10-11, zastąpiony przez Miodraga Gajicia

sezon 2002/03 – Detal-Met Noteć Inowrocław, zastąpił Piotra Barana po 13. kolejce (ten wcześniej zastąpił Jerzego Chudeusza), 25 meczów, bilans 15-10, dziewiąte miejsce w końcowej tabeli

sezon 2003/04 – Arcus Detal-Met Noteć Inowrocław, 19 meczów, bilans 7-12, zastąpiony przez Piotra Barana

łącznie 68 meczów, 33 wygrane, 35 przegranych, 48,5 procent.

Raz jeszcze – powodzenia, i do zobaczenia! 🙂

A jako bonus dzisiaj, moje tekst ze Sport.pl:

– komentarz po sezonie, czyli ostatni „Tydzień w lidze koszykarzy”

POCZĄTEK CYTATU

Tydzień w lidze koszykarzy

Adam Romański

Pan Ryszard

Prokom-Trefl Sopot po raz czwarty z rzędu został mistrzem Polski koszykarzy. Trudno mówić o monopolu, bo zwłaszcza w tym sezonie Prokom był mocno podgryzany, ale jest pewne, że sopocian trudno będzie zrzucić z tronu przez kilka najbliższych lat.

Za tym wszystkim stoi człowiek, który na co dzień popala cygara w biurze w warszawskim hotelu Marriott. Ryszard Krauze, właściciel firmy Prokom i paru innych. Bajecznie bogaty, właściciel pól naftowych gdzieś na wybrzeżach Morza Kaspijskiego. A także sponsor właściwie wszystkiego w polskiej koszykówce.

Krauze bowiem nie tylko utrzymuje klub z Sopotu. Uratował także od bankructwa Polski Związek Koszykówki, który wspomaga do 2009 roku sumą ponad 10 mln złotych. Dzięki transakcjom z PZKosz został także… udziałowcem Polskiej Ligi Koszykówki (20 procent akcji). Co więcej – w ostatnim sezonie firmy jemu podległe były sponsorami bankrutującej Unii Tarnów, a także… Asco-Śląsk Wrocław, prowadzonego przez trenera reprezentacji Andreja Urlepa. Nie zdziwię się, jeśli do grona koszykarskich podmiotów sponsorowanych przez Krauzego dołączy beniaminek ekstraligi Górnik Wałbrzych, któremu prezesował w drodze do awansu… szef PZKosz Roman Ludwiczuk.

Zaznaczam stanowczo – wcale nie uważam, że to źle, że Pan Ryszard jest wszędzie. Jeśli z tego ma płynąć powszechny dobrobyt dla polskiej koszykówki – voila! Jeśli dzięki jego milionom polska reprezentacja ma być choćby w ćwierćfinale niebywale silnie obsadzonych mistrzostw Europy w Hiszpanii, już we wrześniu – proszę bardzo! W końcu to dzięki pieniądzom Krauzego kadra Andreja Urlepa będzie miała w tym sezonie bardzo dobre przygotowania, z meczami i treningami w USA, Słowenii, Włoszech i Turcji włącznie.

Co jednak dalej z Prokomem-Trefl? Zaczynają krążyć plotki o zainteresowaniu koszykarzami z NBA, zawodnikami zarabiającymi ponad milion euro rocznie. Szokujące, ale w zasadzie czemu nie? Pana Ryszarda stać na to, żeby zbudować naprawdę mocny zespół, a największym problemem Prokomu w ostatnich sezonach było raczej znalezienie chętnych do gry w Sopocie zawodników niż zapewnienie im wystarczającej ilości pieniędzy.

Pan Ryszard mówił już rok temu, że w trzy lata chce się wskrabać do czwórki najlepszych klubów Europy. W pierwszym sezonie było miejsce w szesnastce, za rok ma być ósemka, plan arytmetycznie spójny. I słuszny, bo wygrane nad Turowem i Anwilem już dawno w Sopocie straciły wielki blask. Wygrane nad Panathinaikosem, Efesem Pilsen, CSKA czy Maccabi – teraz to są cele wzbudzające zainteresowanie właściciela szybów kaspijskich.

Nie da się jednak uciec przed tematami sportowymi. Zawodników można kupić, ale czy trener Eugeniusz Kijewski podoła? Nie twierdzę przy tym, jak chce sopocka publiczność, że to słaby trener. Po prostu wiem, że od lat w Final Four Euroligi spotykają się najczęściej ci sami szkoleniowcy. Ivković, Ivanović, Obradović, Pesić, Messina, Gershon – znani, uznani, otoczeni doświadczonymi i profesjonalnymi sztabami. Rzadko udaje się komuś z zewnątrz wedrzeć się do tego grona. Zrozumieli to w Moskwie, kiedy szukali wejścia do czołówki – i zatrudnili najpierw Ivkovicia, a później Messinę. Tymczasem w Prokomie Kijewski, który na pewno nawet sam zdaje sobie sprawę, że z tymi nazwiskami nie ma szans się porównać, otrzyma nowych asystentów. Tomas Pacesas w tej roli zadebiutuje, a Mirosław Noculak – ostatnio mój partner z Polsatu Sport – też po raz pierwszy pojawi się na tym poziomie.

Czy to wystarczy do sukcesów? Zobaczymy. W każdym razie kolejne wzmocnienia Prokomu na polską ligę mogą mieć dwojaki wpływ. Albo pozostałe kluby uznają, że nie ma co się mierzyć z kaspijsko-komputerowym potentatem i zainteresowanie rozgrywkami Dominet Bank Ekstraligi – i tak w tym sezonie słabe – spadnie jeszcze bardziej. Ale mam nadzieję, że rywale wykażą ambicję i sami również rzucą do walki większe pieniądze. Przecież stać na to mądrze zarządzane i popierane przez potentatów Turów Zgorzelec (koncern BOT) czy Anwil Włocławek (oprócz zakładów azotowych o tej nazwie być może wesprze klub także Hydrobudowa). A może dołączą inni? A może papiernia z Kwidzyna, a może dobrze zarządzany klub ze Słupska, a może wreszcie finansowo odrodzi się Śląsk Wrocław?

Oby, bo polska koszykówka – oglądana przez bardzo małe widownie telewizyjne, a na żywo przez komplety, ale w halach na zaledwie 1500 widzów – bardzo tego potrzebuje.

KONIEC CYTATU

jako link: Podsumowanie i nagrody po sezonie 2006/07

Zapraszam do komentarzy.

A poniżej jeszcze podsumowanie finału w formie wideo, a także zadośćuczynienie za przegrany zakład. 🙂

http://wideo.gazeta.pl/w?xx=4195544&v=2

Mistrzem Prokom, znów

Uffff, dzisiaj ten dźwięk jest jak najbardziej usprawiedliwiony. Sezon zakończony, Prokom wygrał i jest mistrzem. Meczów ligowych więcej nie będzie, aż do października.

Zmęczenie sezonem jest spore, to muszę przyznać. Oczywiście, za tydzień pewnie zacznie mi meczów brakować…

To był dla mnie prywatnie niezapomniany sezon, spełniłem wiele swoich marzeń… Zrobiliśmy wiele z Polsatem Sport, choć wiele rzeczy na pewno się nie udało. Z Mirosławem Alojzym ciekawie się pracowało i stworzenie z nim głównego duetu komentatorskiego to chyba był dobry pomysł. Udało się nawet nie stracić go na rzecz jakiegoś klubu, który chciałby go zatrudnić. Mirosławie, dziękuję za wszystko!!

Skoro sezon się skończył, chciałem przy okazji podziękować wszystkim ludziom Polsatu Sport za współpracę i wsparcie, szefom Marianowi Kmicie i Pawłowi Wójcikowi, współmikrofoniarzom Marcinowi Murasowi, Danielowi Blumczyńskiemu, Robertowi Kościukowi, Bartkowi Masłowskiemu, wydawcom Adamowi Wasiewiczowi (bohater!), Jackowi Matczakowi, Marcinowi Jedlińskiemu, kierownikom Ani, Michałowi, Bartkowi i Agnieszce, Paniom i Panu (!) charakteryzatorkom oraz wszystkim innym mniej lub bardziej znanym. Mam nadzieję, że w podobnym gronie znajdziemy się w przyszłym sezonie. Oby…

To był dla mnie sezon wielu wydarzeń pozaboiskowych, być może wielu zmian, które będą miały wpływ na moją przyszłość. Niestety, koszykówka ma problem, jest sportem bardzo mało w Polsce popularnym i świetne nastroje prezesów tego nie zmienią. Panowie Wierzbowski i Ludwiczuk (zwłaszcza) powinni ostro wziąć się do roboty i sprawić, żeby mniej było w mediach prezesów, a więcej koszykówki. Już teraz kilka ważnych gazet w ogóle się naszym sportem nie interesuje, a będzie jeszcze gorzej.

Ja osobiście mam spore wątpliwości, czy uda mi się pozostać w 100 procentach tylko i wyłącznie przy dyscyplinie, której poświęciłem ostatnie 20 lat życia. Być może trzeba będzie się zająć czymś innym… Smutne, ale prawdziwe. W tym roku dobitnie się przekonałem, że coraz trudniej być w Polsce dziennikarzem wyłącznie koszykarskim… Zobaczymy, co będzie dalej…

To tyle trochę osobistych wynurzeń. Zakończę je podziękowaniami dla wszystkich kibiców, którzy mówili pod moim (naszym) adresem w tym sezonie wiele dobrych i złych słów. Dziękuję za nie wszystkie…

Co do ostatniego meczu finału, to po prostu zawiódł. Wietrzyłem sensację, dla dobra widowiska, ale Turów grał słabo, tragicznie pudłował łatwe rzuty (wolne!) i pokazał, że jego miejsce jest na drugim stopniu podium. Czy to źle, że Prokom jest znów mistrzem? Pewnie, że nie – był zdecydowanie najlepszy. Ale w sporcie najfajniejsze są sensacje i zmiany, więc pozostanę sceptyczny, oczywiście ciesząc się zaocznie z mistrzostwa sopocian (wracam właśnie do Warszawy, bankiet w Pick&Rollu ponoć trwa, choć skromnego dziennikarzyny nikt tam z sopocian nie zaprosił). 🙂

I dobrze, niech świętują ci, którzy ten sukces stworzyli… Są znów mistrzami i to dobrze dla polskiej koszykówki, że najbogatszy znów zagra w Eurolidze. Oby tylko w klubie z Sopotu wreszcie zrozumieli, jak ważne są relacje z kibicami, także rozumiane jako zrozumienie przez fanów tego, co robi klub, trener, zespół. Bo entuzjazm nieco spada, to pewne…

Trener Kijewski sam wywalczył to mistrzostwo, ale w sztabie trenerskim Prokomu musi się coś zmienić. Czy sam główny trener? Nie mnie to podpowiadać. On sam musi zdecydować. Pewnie zostanie, bo mimo krytyki ciągle to lubi. Ale ja – nie mając nic przeciwko Kijewskiemu – mówię po raz kolejny, zobaczyłbym z ciekawością jak trener europejskiej czołówki, a na takiego Prokom stać, poprowadziłby ten zespół…

MVP dla Slaniny? Dla mnie, podobnie jak rok temu, niepotrzebne ugięcie się pod presją widowni. Mimo zaskakującego stosunku asyst do strat dla mnie bohaterem numer jeden Prokomu i jego najważniejszym zawodnikiem był Christian Dalmau. Bez Slaniny być może byłoby to mistrzostwo, ale na pewno nie byłoby go bez Dalmau.

Więcej podsumowań i wniosków już w weekend, także na łamach Gazety Wyborczej.
A później mały urlop i pora na reprezentację. W mniejszym dla mnie wymiarze, ale pewnie do Hiszpanii uda się pojechać. Może nawet z wiarą. 🙂

Zakład o piąty mecz finału

Dzisiaj linkowo. Najpierw film. Się trochę przekornie zakładamy z Łukaszem… 🙂

http://wideo.gazeta.pl/w?xx=4186271&v=2

No i jeszcze zapowiedź. Nie wiem, kiedy, ale niedługo, bardzo ciekawa rozmowa z Tomasem Pacesasem powinna się pojawić na Sport.pl. Wykonał Grzegorz Kubicki.

Przypominam, że mecz piąty w Sopocie w czwartek o godz. 18, transmisja w Polsacie Sport, a w piątek o 17 powtórka w TV4.

Zapraszam także na Mecz Mediów w Sopocie, Hala Stulecia, godz. 14.30, także w czwartek.

No i co teraz?

Ależ to był ciekawy dzień. Najpierw trochę pograliśmy, o czym było już niżej, potem pograli fachowcy i zrobiło się jeszcze ciekawiej… No i co teraz? Będzie odmiana sytuacji, bo Turów odkrył metodę na Prokom? A może to był jeden słabszy mecz, jaki zawsze się wielkim mistrzom przydarza w każdej rywalizacji? Nie znam odpowiedzi na to pytanie… Kompletnie. Ale oczywiście zespół ze Zgorzelca bardzo w niedzielę zaimponował.

Tak przy okazji, potrzebowałem na to całego sezonu, ale chyba już rozumiem, dlaczego jestem tak ciągle nieobiektywnym komentatorem. 🙂 Do sprzyjania lekkiego potencjalnie słabszym się już wielokrotnie przyznawałem… I uparcie twierdzę, że na tym właśnie sport polega, że fajnie jest gdy wygrywa słabszy. Ale czytając opinie o tym, jakobym krzyczał – a może nawet kwiczał – z radości, kiedy Prokom przegrywa, wiem o co chodzi… Pewnie większość kibiców Prokomu nie widzi mnie, gdy w ich hali muszę przekrzykiwać kibiców gospodarzy (jak wszędzie), a słyszą tylko jak przekrzykuję ich podczas wyjazdów Prokomu. I tak ze wszystkimi, słyszą tylko, gdy spokojnie mówię o ich koszach, bo hala w tym momencie jest cicha…
Tak, i Włocławka też nie lubię i własnie dlatego przez dwa lata walczyłem o to, żeby ekipa z tego miasta przyjechała na MPD… 🙂
Ale dość o sobie, bo znów mnie opadły refleksje o obiektywizmie (pozdrowienia dla Pani D., której raz jeszcze tłumaczę, że obiektywizm uważam za cechę minimum dziennikarza i kiedy ktoś mi zarzuca jego brak, to jakby mnie wyrzucał poza mój obecny zawód).

Więcej moich myśli o meczu czwartym na stronie Sport.pl i w „Gazecie Sport”. A także w duecie z Mirosławem Alojzym w podcaście plk.pl na tamtej stronie.

A teraz chwila refleksji na temat reprezntacji powołanej przez Andreja Urlepa. Jej skład jest zrozumiały w pełni i pokazuje sukces tego trenera. Bo zanosi się na to, że nie tylko namówi na grę ponownie Wójcika i Plutę, ale także Gortata, Lampego i Trybańskiego. A to już naprawdę coś (sceptykom polecam tegosezonowe statystyki Trybańskiego z NBDL, zwłaszcza z końca sezonu).

Ja będąc Urlepem chciałbym się jednak mimo wszystko przyjrzeć z bliska majcym za sobą życiowe sezony Bigusowi i Frasunkiewiczowi, głównie dlatego, że świetnie podających wysokich graczy nigdy w zespole nie ma zbyt wielu. Urlep tych zawodników jednak od dawna nie ceni i pewnie ma powody, o jakich niewiele wiemy.

Pewnie z tych samych powodów w kadrze ciągle jest Radosław Hyży, który niewiele w tym sezonie zrobił, żeby do kadry wrócić. A nie ma w niej Korytka, a także Nordgaarda, który był świetny rok temu w roli lidera-profesjonalisty. Fajnie, że jest Wołoszyn, a nie lansowany ostatnio na siłę Diduszko.

Ale właśnie przy Hyżym mam refleksję, że najciekawsze będą dopiero decyzje zmniejszające tę 21-osobową grupę. Bo że mniej więcej ta grupa zasługuje na obejrzenie, nie ma wielkich wątpliwości. Ale kiedy przyjdzie decydować się na Hyżego lub Białka lub Trybańskiego, albo na przykład Stefańskiego lub Roszyka, zrobie się naprawdę gorąco.

Przypominam skład urlepowców:

Koszarek, Szubarga, Chyliński, Skibniewski

Pluta, Kitzinger, Wołoszyn, Kikowski

Ignerski, Stefański, Białek, Roszyk

Dylewicz, Wójcik, Witka, Hyży

Lampe, Gortat, Szewczyk, Grudziński, Trybański

Jak dla mnie, na dzisiaj, wybór wyglądałby tak:

Koszarek, Szubarga, Chyliński

Pluta, Kitzinger

Ignerski, Roszyk, Białek

Dylewicz, Wójcik

Lampe, Gortat, Trybański

Skład trochę nietypowy, ale daje możliwość licznych przetasowań na pozycjach. A w Europie gra się trochę innymi zawodnikami na pozycjach, na przykład na trójce Białek momentami może być lepszym wyjściem niż Roszyk… A Trybański? Lubię chłopa (w grze), a jeden szotbloker w roli epizodycznej zrobi więcej niż jeden niezadowolony ambitny ‚gwiazdor’. 🙂

Tym razem zwycięstwo

Drugie w tym finale, tradycyjne spotkanie mediów zakończyło się wygraną Reszty Świata nad Dolnym Śląskiem 44:39.
Mecz rozgrywany w upalne niedzielne przedpołudnie w hali w Zgorzelcu był bardzo wyrównany i kosztował dziennikarzy mnóstwo sił, mimo że był rozgrywany w formacie 4×10 z zatrzymywanym czasem tylko w ostatniej minucie kwart.
Przez większość meczu prowadzili gospodarze, ale w czwartej kwarcie zespół Reszty Świata przejął inicjatywę i wygrał.
Za organizację meczu dziękujemy KS Turów z prezesem Arkadiuszem Krygierem na czele.
Dodatkowo dziękuję także licznym kibicom, którzy mieli liczne słuszne uwagi do mojej gry. Staram się! 🙂

Mecz Mediów: Dolny Śląsk – Reszta Świata 39:44.
Kwarty: 14:5, 3:8, 16:13, 6:18.
Dolny Śląsk: Kanculis 4, Posioł 11, Lizak 0, Szamer 11 (3), Sokołowski 6 oraz Chodkiewicz 0, Sznarkowski 0, Pitura 2, Tyszko 0, Dalidowicz 5 (1), Sałaputa 0.
Reszta Świata: Józefczyk 2, Jędrzejkowski 16 (1), Muras 4, Szeleszczuk 3, Adam Romański 7 (2) oraz Andrzej Romański 3 (1), Kwiatkowski 4, Stasiak 5.