Marcin Gortat spełnił swoje marzenie. Dostał do podpisu dwuletni kontrakt na grę w NBA, w klubie Orlando Magic. Jest w NBA. O czym marzył – i głośno mówił – od co najmniej trzech lat. Marcinowi wypada gratulować, ale i zarazem przypomnieć, że ten kontrakt to na pewno nie koniec drogi.
W NBA zarabia się (i gra więcej!) dopiero przy drugim kontrakcie, do którego – co warto podkreślić – nie udało się dotrzeć ani Cezaremu Trybańskiemu, ani Maciejowi Lampe. Te dwa lata w Magic będą po to, żeby czegoś się nauczyć i latem 2009 roku wiedzieć, czy w NBA jest się na dłużej, czy to jednak za wysokie progi. Jeśli wtedy Gortat będzie pełnoprawnym zawodnikiem najlepszej ligi świata, będzie mógł dopiero mówić o spełnionych marzeniach.
Warto podkreślić, że Gortat znalazł się w NBA głównie dzięki sobie i swojej grze. Nie dzięki "potencjałowi", ale właśnie już posiadanym umiejętnościom. Szefowie jego nowego klubu mówią o "rozwoju", a nie o "możliwościach" Polaka. Warto wreszcie podkreślić, że droga Gortata do NBA była spokojna, dobrze zaplanowana, a jego podejście właściwe – choć to człowiek niemal ponadambitny i ogromnie pewny siebie. Ktoś (i sam Marcin) potrafił po prostu te ambicje właściwie wykorzystać i przekuć w sukces. Jego agent, znany w Europie Dejan Vidicki, był w tle, ale zadbał, żeby z Gortatem pracowali dobrzy trenerzy i żeby sam koszykarz latem nigdy nie próżnował. Z roku na rok Gortat grał w coraz lepszym klubie, przeciwko coraz lepszym zawodnikom. Miał też szczęście – bo mógł to czynić bez zmiany klubu – jego Rhein Energie Kolonia rósł w siłę w tym samym czasie. No i wreszcie – nie zapalił się bez potrzeby wyborem w drafcie w 2005 roku, nie uznał, że to koniec drogi, tylko pracował, pracował i pracował.
Jako kibica reprezentacji martwi mnie tylko, że Gortat nie jest chętny do gry w reprezentacji we wrześniowych mistrzostwach Europy. Szkoda, bo jego entuzjazm Polakom bardzo by się przydał. Trener Andrej Urlep na pewno wie, co trzeci Polak w NBA może wnieść do kadry, i zapewne cierpliwie wytłumaczy Gortatowi, że korzyści z gry w Hiszpanii będą miały obie strony. A ten, choć zawsze dużo i głośno mówi, potrafił – jak się okazało w ostatnich dniach – zawsze wybrać najlepszą drogę.
Przy okazji jeszcze kilka uwag na ten temat:
1. Marcina Gortata pierwszy raz zobaczyłem w 2002 roku na mistrzostwach Polski juniorów w Stargardzie, kiedy w meczu ŁKS Łódź – Śląsk Wrocław mierzył się z uznanym już wtedy zawodnikiem Pawłem Mrozem. I był lepszy, co mnie zaskoczyło. Wtedy jednak niewiele umiał, rzucał nawet za trzy punkty, grał bez głowy. Widać było jednak, że coś w nim drzemie. Cieszę się, że doszedł gdzie doszedł, bo pokazał wszystkim, jak powinno się w sporcie planować karierę.
2. Przyrzekam, że po raz ostatni, ale jeszcze raz wypomnę. Wypomnę trenerowi Polonii Warszawa i prezesowi Anwilu Włocławek, że w 2003 roku nie byli zainteresowani (jak większość Polski) młodym wysokim chłopakiem z Łodzi. Może i nie mieli szans na kontrakt z Gortatem, ale zmarnowali dla swoich klubów wielką szansę. Może teraz to Polonia lub Anwil kasowałyby klub z Orlando na 450 tys. dolarów wykupnego? Nikt nie widział potencjału w Gortacie, tak jak nie widzi się do dzisiaj potencjału w innych wysokich zawodnikach z Polski. Na boga, jeśli tylko nawet mają oni służyć jako sposób na zapełnienie klubowej kasy, jeśli tylko mają być wabikiem na naiwnych menedżerów z NBA, których można naciągnąć na szmal, to czyż nie warto poświęcić czasu i pieniędzy na pracę z tymi chłopakami?
Galeria bardzo wysokich koszykarzy urodzonych w latach 80., z którymi w Polsce nikt w ogóle albo źle pracował lub też kisił na ławkach, jest spora i kolorowa. Dawid Przybyszewski (1981, 213), Łukasz Obrzut (1982, 215), Paweł Mróz (1984, 215), Janusz Mysłowiecki (1984, 220), Bartosz Lewandowski (1986, 220), Tomasz Kwiatkowski (1987, 214), Adam Łapeta (1987, 217). Nie wiem, czy o kimś nie zapomniałem. Oni wszyscy powinni grać w polskiej lidze, nawet w słabszych klubach. Rafał Bigus pokazał w tym sezonie, co znaczą centrymetry. Warto?
A tymczasem ktoś pokierował źle ich karierami i niewiele znaczą, choć niektórzy z nich zarobili sporo pieniędzy. I niech mi nikt nie mówi, że oni nic nie umieją. A kto ich uczył? Gdyby ktoś nie zmarnował ich najlepszych lat, kto wie co by się stało? Gdyby dać im minuty i szansę, nawet w I lidze, co mogłoby być? Nie wiemy i się nie dowiemy. I jeszcze jedno. Ciągle słyszę, że ci chłopacy albo nie mają ochoty na pracę (a kto z nas miał, mając 18-20 lat?), albo lubią się zabawić (a kto z nas nie lubił mając tyle lat?), albo są jacyś tam. I to jest właśnie problem, że zamiast ich uczyć pracy, koszykówki, a także umiejętności bawienia się i życia, tylko się o nich gada. W Polsce. Niestety. A na świecie, mimo że wysokimi się gra mniej niż kiedyś, ciągle docenia się potęgę dobrze wyszkolonego centra. Bez Gasola (albo obu) nie byłoby wielkiej Hiszpanii, bez Papadopoulosa świetnej Grecji, są przecież ciągle Nesterović, Kasun, Rebraca, David Andersen, Besok, a nawet taki drewniak jak Van Den Spiegel może sobie w Prokomie zarobić setki tysięcy euro. Ale ktoś kiedyś z nimi pracował i czegoś ich uczył. To nie były samorodki…
3. Marcin Gortat nie grał w reprezentacjach juniorskich, co miało sens, bo późno zaczął przygodę z koszykówką. Ale był już w młodzieżowej reprezentacji, która w 2003 roku wystąpiła w turnieju w Wałbrzychu, walcząc nieudanie o awans do finałowego turnieju mistrzostw Europy. W zespole trenera Tomasza Służałka jednak praktycznie w ogóle nie grał. To tylko jeden z etapów kariery tego zawodnika (i wielu jemu podobnych), w których nie docenia się jako korzykarza gracza powyżej 210 cm. Owszem, rzadko umieją oni wiele albo wszystko, ale mają wzrost! A ten nadal – nawet jeśli tylko w obronie – jest nie do przecenienia.
Wtedy w Wałbrzychu praktycznie nie grał także w ogóle Mróz (214 cm), a poza dwunastką był Mysłowiecki (220 cm). W tamtej drużynie grali: Koszarek, Świętoński, Malesa, Wójciak, Szlachtowicz, Stelmach, Barycz, Lampe. Szkoda, że tak niewielu z nich dzisiaj jest w ważnych rolach w polskiej lidze, gdzie ich miejsce. Na szczęście chociaż jeden Koszarek miał szczęście do trenerów.
4. W Przeglądzie Sportowym była tabelka, w której Marcin wdrugim roku gry w Kolonii był 'liderem zespołu'. To trochę nie tak, bo liderem to on nigdy nie został. W pierwszym roku praktycznie nie grał, w drugim zaczął grywać mało z rezerwy, w trzecim był zmiannikiem na kilkanaście minut i mistrzem Niemiec, a w ostatnim był podstawowym zawodnikiem. I tyle. 🙂
I na koniec z innej beczki: – Kadrowicze wypowiedzieli się po powrocie do Polski. Mówią, że dobrze, że pojechali. A więc wszystko zgodnie z planem, tak jak przewidziałem. Bo jak raz jeszcze podkreślę, po tym, jak wyglądały mecze kadry Urlepa w USA, uważam, że to był bardzo pożyteczny wyjazd.