Dołem za Chavaughnem, czyli o losie trenera

Poniedziałkowa poranna ostra wymiana zdań na twitterze #plkpl w sprawie taktyki, koszykarskich prawd, oczywistości i tego, kto się zna, a kto nie, spowodowała u mnie refleksje na temat oceniania pracy trenerów, z wątkiem komentatorskim w tle. Co myślałem, to spisałem.

Wyizolujmy sobie na potrzeby tych rozmyślań jeden element z fascynującej rywalizacji Anwilu Włocławek z Energą Czarnymi Słupsk w historycznym ćwierćfinale PLK 2017.

Ten element to sposób obrony wobec grającego z piłką Chavaughna Lewisa z Czarnych.

W ciągu tych 10 dni rywalizacji w tej parze (od 4 do 14 maja) my obserwatorzy mieliśmy do czynienia z takimi ważnymi informacjami na ten temat:

– Lewis za dużo mijał w prawo, co jest jego atutem, więc Czarni wygrali mecz 1;

– Anwil zmusił Lewisa do gry w lewo, przez co ten nie zafunkcjonował w meczu 2;

– Czarni zmienili w czwartej kwarcie sposób gry w ataku z Lewisem (center pozorował zasłonę i uciekał pod kosz), przez co obrona Anwilu nie działała i słupszczanie wygrali mecz 4;

– Lewis nie zdobył żadnego punktu w I połowie meczu 5, a po przerwie rzucił 23, w tym dwie trójki, w związku z czym ośmieszył pomysł, żeby kryć go przechodząc pod zasłoną dołem.

Przepraszam za fachowy język, ale inaczej się nie da. Pisząc powyższe, mam na dodatek wrażenie, że być może coś z tego jednego elementu (gra Lewisa z piłką) mogłem jeszcze pominąć.

I teraz. Pierwszy poziom analizy. Nakłady pracy. Czy doceniamy pracę, jaką wykonali trenerzy obu zespołów opracowując ten element? Mam tu na myśli całe sztaby, z szefami (Milicić i Stelmahers) i asystentami (Woźniak, Kożan oraz Frank, Lisztwan). Z rozmów z nimi wiem, że nawet tej jednej sprawie poświęcali wiele uwagi, nieustannie nad nią pracowali. Jedni reagowali na drugich. Próbowali się nawzajem zaskoczyć. Ktoś uzyskał przewagę, ktoś coś wygrał, ktoś coś przegrał. Nikt nie pozorował pracy i nikt się nie obijał.

Drugi poziom analizy. Pozory. A dokładniej mylne wrażenie, jakie można mieć wychodząc z meczu z głową pełną emocji, co dotyczy przecież nie tylko kibiców, ale i trenerów, a także komentatorów. Na przykład to, co poróżniło nas rano. Lewis trafiający za trzy w meczu 5. Na filmie gp24.pl widać wyraźnie, że Lewis trafia swoją trójkę z faulem w czwartej kwarcie grając: 1) przeciwko obronie strefami, 2) bez żadnej akcji (trudno taką nazwać podawanie sobie po obwodzie), 3) z faulem, czyli obrona była niemal dobra – bo logicznie rzecz biorąc obrońca był bardzo blisko, a dokładniej o trochę za blisko (bo zrobił faul) – jego błąd. Akurat Lewis oddający rzut za trzy przez ręce (w tym przypadku faulujące) to w zasadzie zła decyzja w ataku – na pewno tego nie chciał trener Czarnych Stelmahers.

Czyli – nie ma co wyśmiewać decyzji trenera, który nakazuje dać miejsce Lewisowi do rzucania. Dane jakie mamy przed meczem 5 to 25 procent za trzy w sezonie i 3/10 w tej serii. Jaka jest szansa, że w czwartej kwarcie piątego meczu w 10 dni grający po 33 minuty Lewis trafi bezbłędnie z dystansu, kiedy dostanie miejsce? Mała. Więc idziemy pod zasłoną.

Ale to też myślenie fałszywe. Bo tu nie było zasłony, nie było zagrania dwójkowego typu pick-and-roll i nie było miejsca danego przez obronę. Był znakomity rzut świetnego zawodnika w zupełnie innych okolicznościach. W poniedziałek rano analizowaliśmy więc coś, czego w niedzielę nie było.

I tu jest trzeci poziom analizy. Matematyka. Minimalizacja strat. Bo czemu służą w sumie te wszystkie analizy, decyzje narzucone zawodnikom w poruszaniu się w obronie? Temu, żeby wybrać metodę gry (w tym przypadku w obronie), która ma powiększyć prawdopodobieństwo sukcesu.

Rozmawiam z trenerami i ich asystentami przed każdym meczem, cenię sobie tych, którzy moje amatorskie – mam nadzieję wnikliwe, ale jednak amatorskie! – obserwacje potrafią skontrować danymi. „Mało gracie pod kosz”. „Ale my z penetracji zrobiliśmy 35 proc. punktów, kończyliśmy 60 proc. penetracji po pick-and-rollu pozytywną akcją”. Albo: „Oni z pick-and-rolla w pasie bocznym kończonym odrzutką robią 30 procent swoich punktów”. I tak dalej. Trenerska codzienność. Tak to obecnie wygląda.

Ja jako komentator staram się za tym nadążyć, ale też świadomie nie zaśmiecam tego typu danymi komentarza w transmisji, bo mam wrażenie, że to byłaby masakra dla widzów. Są różni widzowie i my o wszystkich musimy zadbać. Także o tych kompletnie niezorientowanych, a szukających np. wyłącznie emocji, kolorowego sportu w walce o zwycięstwo. Staramy się więc wypośrodkować zdrowe emocje, krzyki i zachwyty, rozrywkę, żarty, szukanie niespodzianki, wyjątkowej akcji i wyrównanego do ostatniego rzutu meczu, z danymi fachowymi. Nad tym pracuję zawsze z ekspertami, dużo o tym rozmawiamy.

Stąd nasze polsatowskie klucze do meczu, uproszczone, ale taktyczne, zbliżone do tego, co robią sami trenerzy. Czasami trafiamy, czasami nie. Z zasady też przerabiamy wszystko na język polski. Slang tłumaczymy. Czasami powoduje to uproszczenia. Ale chcemy to, co skomplikowane, przedstawić tak, żeby zrozumiał każdy.

Wracając do matematyki i naszego bohatera meczu 5. Czym jest decyzja, żeby Lewisa kryć tak, a nie inaczej? Jest wynikiem analizy, jakie jego zachowania w ataku dawały punkty Czarnym do tej pory. Kryjemy pod zasłoną, bo gdy szliśmy po śladach (sposoby gry przeciwko pick-and-roll), zdobyli z tego 18 punktów na 10 posiadań. A gdy pod zasłoną, to 7 na 10 posiadań. A gdy było podwojenie, to 16 na 10 posiadań. Więc gramy tak i tak.

Nawet jeśli Lewis rzuciłby te dwie trójki w meczu 5, to jest tylko 6 punktów. Ale na inne sposoby rzucił 17. O tym nie mówimy? Po jakich akcjach to zrobił? Oni to wiedzą. Oni to analizowali i starali się wybrać najlepszą metodę.

Znam to też z siatkówki, którą komentuję. Tam możliwości jest mniej, bo gra jest skoncentrowana przy siatce, ale uwierzcie – choć na najwyższym poziomie widzimy w Polsce na meczach kadry wesoły, biało-czerwony tłum, machający kartonikami i odliczający do trzech, to wokół boiska trwa mordercza rywalizacja cybermózgów. Oni na bieżąco, nawet podczas meczu, wchłaniają dane, ile razy zawodnik X atakuje z okolic lewej antenki wzdłuż linii, a ile po skosie. Co więcej, te dane są zróżnicowane dla różnych ustawień szóstki na boisku, gdzie jest rozgrywający, gdzie libero itp. Według tych danych trener rozkazuje blokującym zasłaniać tę lub inną część siatki, co z kolei pociąga za sobą rozstawienie po boisku zawodników nieskaczących do bloku. Potem następuje rozliczenie akcji, ponowne przeliczenie i znów pomysł na ustawienie. Kto tego nie robi, w zasadzie nie ma szans.

To samo jest u nas w koszykówce. Bardzo ułatwia pracę program skautingowy typu „Synergy”, w którym trenerzy mają do dyspozycji wideo z pociętymi na akcje wszystkimi meczami ligi, dodatkowo wszystko policzone i posegregowane. Radosne czasy „pograjmy w basket, ja ci podam, a ty rzucaj” minęły. Zwłaszcza w obronie nikt na poważnym poziomie, a taki jest w PLK, nie pozwoli na samowolkę czy działania instynktowne. Dzięki tym narzędziom wiemy też np. od razu, że Czarni w całym meczu 5 tylko dwa razy zagrali akcję ze staggerami.

Oczywiście, wszystko to co powyżej, to tylko mała część trenerskiego rzemiosła. Długo by wymieniać, co jeszcze musi mieć i musi potrafić trener. Ale to przygotowanie, policzenie wszystkiego, oszacowanie ewentualnych strat i zysków oraz wybranie metody reakcji – to są podstawy.

I śmiem też twierdzić, że bez zanalizowania meczu na poziomie skautingu (np. liczb dotyczących skuteczności poszczególnych akcji w ataku i w obronie, analizy na wideo zachowań zawodników w grze) nie należy dokonywać rzetelnej oceny pracy trenerów i jakości przygotowania drużyny. Podobnie jak bez ponownego obejrzenia na spokojnie z powtórkami wideo meczu nie powinno się oceniać pracy sędziów. Oczywiście, każdy ma prawo do swoich kryteriów. Ale ja na własny użytek takie właśnie kryteria oceny formułuję.

I wreszcie czwarty poziom analizy tego, co się działo. Gwiazdy. Kto wygrywa w play-off? Widać to znakomicie w tym naszym tegorocznym PLK, na razie w ćwierćfinale. Osobowości i ich doskonałe akcje. Często jest to przekorna odpowiedź na przygotowanie taktyczne rywala. Ty mi zabierasz grę w prawo? To ja pójdę w lewo, zrobię coś, czego w „Synergy” nie zobaczyłeś, trafię do kosza wbrew Twoim statystykom. To też będą dwa punkty, warte zwycięstwa. Twój zawodnik rozłoży ręce, bo mu powiedziałeś, że ja gram inaczej, a ja wtedy podniosę głowę i zobaczę wiwatujący tłum. Tak to działa. To zrobił Lewis.

I jeszcze. Wszystko co powyżej opiera się w zasadzie na analizie jednego tylko zagrania Lewisa. A przecież to mała część całości. Granie przeciwko Lewisowi było ważne, ale grało jeszcze kilkunastu innych zawodników, jak zawsze było po około 70 ataków (posiadań piłki) każdego zespołu do oceny, pewnie z 150 zachowań zawodników w obronie i ataku do zanalizowania. Jak to wszystko jest skomplikowane! Ile wymaga decyzji!

Kończąc: czy winą za taką porażkę w serii play-off można obarczyć trenerów? Oczywiście – w pewnym sensie tak. Oszacowali ryzyko, wybrali drogę dla zespołu, ktoś to przełamał, przegrali. Poza taktyką jest też – jak już było wyżej – mnóstwo aspektów pracy trenera. A zawsze i wszędzie najbardziej liczy się rubryka „wygrane mecze”.

Ale ja mam dla nich maksymalny szacunek, bo wiem, widziałem, że wykonali ogromną pracę. Krytykę i mniej szacunku mam dla tych „szkoleniowców” (cudzysłów celowy), którzy ten element we współczesnym sporcie zaniedbują. Są i tacy. Także w naszym play-off PLK.

Tu – we Włocławku i Słupsku – mieliśmy do czynienia wyłącznie ze zdrową wspaniałą rywalizacją intelektualną i fizyczną, bo taką jest ta dzisiejsza koszykówka w erze skautingu (czyli sztuki wywiadu – scout to po angielsku wywiadowca). To gra procentów, prawdopodobieństw i pomysłów. Niestety, oba kluby nie mogły wygrać. Ode mnie brawa dla obu sztabów, zespołów i obu klubów za serię Anwil – Energa Czarni. Dzięki Wam to było tak fascynujące.

Typy ekspertów Polsatu na ćwierćfinały PLK (tekst z 3 maja)

[powspominajmy – zweryfikujmy – tak typowaliśmy 13 dni temu]

Już w czwartek 4 maja rozpoczyna się play-off Polskiej Ligi Koszykówki. Eksperci i komentatorzy koszykarscy Polsatu Sport typują, kto wygra w czterech parach ćwierćfinałów.

Ekspertami Polsatu Sport, którzy typowali ćwierćfinały, są Grzegorz Chodkiewicz, wieloletni trener ligowy; Rafał Juć, wywiadowca Denver Nuggets i reprezentacji Polski; Tomasz Jankowski, były koszykarz reprezentacji Polski i ligowy trener oraz komentatorzy Polsatu Sport Marcin Muras i Adam Romański. Wszyscy oni będą pracować podczas transmisji z play-off.

 

Anwil Włocławek (1) – Energa Czarni Słupsk (8)

Typ Grzegorza Chodkiewicza: 3:2

Najbardziej elektryzująca para. Energa Czarni mają co przeciwstawić liderowi, ale twierdza Włocławek tym razem wytrzyma.

Typ Rafała Jucia: 3:1

Anwil to w tym momencie „najgorętsza” drużyna PLK – zakończyli sezon serią 11 kolejnych zwycięstw. Co prawda kontuzja Michała Chylińskiego mocno ogranicza rotację Polaków, ale Anwil to nadal świetnie funkcjonująca maszyna. Kombinowana obrona i Nemanja Jaramaz to zbyt wiele dla Energi Czarnych, którzy mimo wszystko są dużo lepsi niż ich końcowy bilans i miejsce w tabeli.

Typ Tomasza Jankowskiego: 3:1

Faworyt w tej parze jest tylko jeden. Zespół z Włocławka nie przegrał w lidze tak długo, że aż nie pamiętam, kiedy to się stało ostatni raz. „Czarne Pantery” prezentują się solidnie, ale siła fizyczna i szeroki skład dają przewagę Anwilowi.

Typ Marcina Murasa: 3:1

Rywalizacja dwóch trudnych do zdobycia twierdz, jednak w tym sezonie ta w Słupsku parę razy została zdobyta. Dlatego myślę, że i Anwilowi raz uda się ta sztuka. Kluczowe dla tej serii może być to, czy trener Igor Milicić będzie miał do dyspozycji Michała Chylińskiego.

Typ Adama Romańskiego: 3:0

Mam wrażenie, że to będzie ta seria, w której walka jest wyrównana przez trzy mecze, ale kończy się za każdym razem wygraną tego samego zespołu. W każdym play-off coś takiego się zdarza. Anwil – jak żaden inny zespół w tym sezonie – pokazał sztukę wygrywania trudnych meczów. Ma dużo rozwiązań, wiele gwiazd i bardzo dobrą obronę. To przesądzi.

 

Stelmet BC Zielona Góra (2) – Polpharma Starogard Gdański (7)

Typ Grzegorza Chodkiewicza: 3:0

Ekipa ze Starogardu już odniosła sukces. Na Stelmet BC ma jednak za mało atutów. Taktyka tej fazy rozgrywek wymusza na zielonogórzanach szybkie jej zakończenie.

Typ Rafała Jucia: 3:0

Mimo że Stelmet BC zakończył sezon zasadniczy na drugim miejscu, to dla mnie jest wciąż głównym faworytem do mistrzostwa. To bardzo doświadczona drużyna z najlepszym polskim składem. Po słabej końcówce sezonu zasadniczego koszykarze trenera Artura Gronka na pewno będą zmobilizowani, żeby przejść przez ćwierćfinały jak najszybciej. Sporym wzmocnieniem w perspektywie play-off jest powrót Przemysława Zamojskiego.

Typ Tomasza Jankowskiego: 3:0

Ambitna i waleczna ekipa z Kociewia zasłużenie wywalczyła siódmą pozycję w rundzie zasadniczej. Nawet jednak na własnym parkiecie w starciu z podrażnionym Stelmetem BC będzie na straconej pozycji.

Typ Marcina Murasa: 3:0

Trudno tutaj typować inaczej, choć pewnie na Kociewiu liczą na to, że może uda się choć raz zaskoczyć mistrzów Polski. Ale Stelmet BC na pewno jest trochę podrażniony po ostatnich porażkach, a nie zapominajmy, że zraniony tygrys jest bardzo groźny.

Typ Adama Romańskiego: 3:1

Mało kto docenia Polpharmę, ale trzeba zaznaczyć, że ten zespół gra solidną, dobrze wymyśloną i wypracowaną treningami koszykówkę. Ma również przytomnego rozgrywającego zdobywającego punkty (Marcin Flieger), najszybszego z piłką gracza ligi (Anthony Miles) oraz prawdziwego, wielkiego centra (Martynas Sajus). Nie brakuje też w drużynie weteranów, co to się play-off byle komu kłaniać nie będą. Może wystarczyć na jedno – ewentualnie dwa – zwycięstwa, ale oczywiście awans do półfinału to byłaby największa sensacja w PLK od lat.

 

BM Slam Stal Ostrów Wlkp. (3) – MKS Dąbrowa Górnicza (6)

Typ Grzegorza Chodkiewicza: 3:1

Ostrowianie dobrze grają w hali MKS, mają bardziej doświadczonych graczy i przewagę w strefie podkoszowej.

Typ Rafała Jucia: 3:1

MKS bardzo dobrze gra w domu (bilans 13-3 w sezonie) i powinien urwać co najmniej jedno spotkanie w tej serii. Jednak BM Slam Stal, zwłaszcza po efektownym zwycięstwie nad Stelmetem BC, nie jest kopciuszkiem, a pełnoprawnym pretendentem do mistrzostwa. Mamy tu ciekawy pojedynek bałkańskich trenerów (Emil Rajkovik kontra Drażen Anzulović), więc można liczyć na sporo niespodzianek i taktycznych szachów.

Typ Tomasza Jankowskiego: 3:2

Zespół z Dąbrowy Górniczej postawi twarde warunki gry w obronie. Jeśli wpadną trójki, będzie ciekawie. Doświadczonej ekipie z Ostrowa dobrze zrobi mocne przetarcie przed walką o medale. Warunki fizyczne na każdej pozycji to ogromna przewaga.

Typ Marcina Murasa: 3:1

Play-off to czas weteranów, a tych więcej w swoim składzie ma BM Slam Stal. Oczywiście, muszą oni też wytrzymać fizycznie intensywność serii, ale na pierwszą rundę starczy im jeszcze sił. Ciekawy będzie pojedynek rozgrywających, ale kluczową kartą w tym rozdaniu będzie Król (i to nie ten ze Szczecina).

Typ Adama Romańskiego: 1:3

Ogromnie doceniam to, w jaki sposób z 13. miejsca w poprzednim sezonie BM Slam Stal awansowała na trzecie. Świetny zespół, dobre pomysły, znakomite gwiazdy. Uważam jednak, że gra w play-off przeciwko dąbrowianom będzie dla ostrowian wyzwaniem. MKS – jak mało kto w PLK – ma równie wysoki zespół jak Stal, co powoduje, że może w obronie i ataku zastosować środki, które nie były dostępne dla innych. To oczywiście nie wystarczyło na Stal w rundzie zasadniczej (dwie wyraźne porażki), ale w końcu jakaś sensacja w ćwierćfinale musi być. A o MKS ktoś mi niedawno słusznie powiedział: „Nie wyglądają, niby nic nie grają, ale jakoś ciągle wygrywają”…

 

Polski Cukier Toruń (4) – Rosa Radom (5)

Typ Grzegorza Chodkiewicza: 2:3

Ciekawy pojedynek topowych polskich trenerów. Zadecydują polscy gracze i Rosa wygra decydujące starcie.

Typ Rafała Jucia: 1:3

Zdecydowanie najciekawsza para ćwierćfinałów. Polski Cukier zdobył przewagę własnego parkietu w play-off za sprawą fantastycznego początku sezonu, ale to już dziś inna drużyna. Rosa wygrała 7 z 8 ostatnich meczów sezonu zasadniczego i jest na fali. Obie drużyny grają dobrze w obronie, ale Rosa ma więcej atutów w ataku.

Typ Tomasza Jankowskiego: 3:2

Drużyna z Torunia nie zachwyca już tak, jak na początku sezonu. Rosa to walcząca zawsze do końca i nieprzewidywalna ekipa. Szykuję się na przełamanie przewagi własnego parkietu.

Typ Marcina Murasa: 1:3

Przesądni mieszkańcy Radomia twierdzą, że forma Rosy jest tym lepsza, im dłuższą brodę ma trener Wojciech Kamiński. Gdyby Rosie udało się w tym roku zdobyć mistrzostwo, może koszykarze zamiast siatki z obręczy obcięliby właśnie tę brodę? Ale pomijając ludowe obyczaje i zabobony wydaje się, że kluczowa w tej serii może być ławka rezerwowych. A tę dłuższą i lepszą ma Rosa.

Typ Adama Romańskiego: 2:3

W opinii większości fachowców faworytem jest tutaj wicemistrz Polski, choć przecież to torunianie mieli świetny początek sezonu zasadniczego i nie najgorszy koniec, po wzmocnieniu Cheikhem Mbodjem. Mam wrażenie, że w rywalizacji akurat z tym rywalem atuty Polskiego Cukru w grze pod kosz zostaną mocno zniwelowane przez twardą obronę radomian. Również styl gry Rosy w ataku, wobec którego torunianie mogą być zmuszani do obniżania składu, będzie dla nich kłopotem. Niech to będzie długa i pasjonująca rywalizacja, bo zawodników, których ogląda się z przyjemnością (także polskich!), w tej parze nie brakuje.

 

Podsumowanie sezonu zasadniczego PLK 2016/2017 (z 2 maja)

[też można zweryfikować – gdzie się pomyliłem w play-off – tekst sprzed ćwierćfinałów]

 

Sezon zasadniczy #plkpl w 34 pozytywnych akapitach. Trochę o drużynie i trochę o postaciach, nie zawsze najlepszych.

 

  1. Anwil Włocławek

Dla mnie faworyt do mistrzostwa, nawet po stracie kontuzjowanego Michała Chylińskiego. Anwilowi brak tylko zawodników do blokowania rzutów, ale bez tego można żyć przy odpowiedniej obronie. Ciekaw jestem, czy teraz Igor Milicić będzie równie cierpliwy i pewny swego jak podczas rundy zasadniczej.

Postać: Kamil Łączyński. 28-letni zawodnik z Warszawy jest pierwszym i najważniejszym rozgrywającym najlepszej drużyny ligi. Nikt nie ma prawa go nie doceniać i umniejszać. A teraz arcyciekawy sprawdzian w play-off, gdzie od pierwszej rundy na swojej pozycji będzie miał wielkie wyzwania.

  1. Stelmet BC Zielona Góra

Puchar Polski pokazał, że są takie weekendy, kiedy nie ma na nich mocnych. Play-off to jednak nie weekend. Nie zdziwi mnie ani kolejne 10-0, ani spore kłopoty z obroną tytułu. Z ciekawością będę obserwował najważniejsze chwile unikalnego eksperymentu pt. „debiutant na trenera mistrza”. Zachowania trenerskie, boiskowe i pozaboiskowe, Artura Gronka będą kluczowe dla powodzenia mistrzów.

Postać: Łukasz Koszarek. Świetny. Niewiarygodnie najważniejszy. Nie, żeby to dziwiło. Ale jeśli będzie miał słabszy play-off, albo nie da rady pozbierać kolegów w szatni do jednej, wspólnej kupy, może nadchodzić ciężki miesiąc dla Stelmetu. Prawie nie mam wątpliwości, że nic takiego mistrzom nie grozi.

  1. BM Slam Stal Ostrów Wlkp.

Awans o 10 pozycji w hierarchii ligowej w ciągu roku to wielki sukces. Odrodzenie wielkiej miłości do wielkiej koszykówki w Ostrowie Wielkopolskim – jeszcze większy. Mają w Stali gwiazdy, które mogą wygrywać trudne mecze, więc jest duża szansa na sezon, jakiego nigdy nie było.

Postać: Shawn King. Zawodnik z wysp St. Vincent i Grenadyny mówi jak rastaman z Jamajki, ale jest pod koszem twardy jak Tim Duncan z nieco bliższych Wysp Dziewiczych. Karaibskie klimaty będą kluczowe dla sukcesu w play-off, bo moim zdaniem King jest w Stali nie do zastąpienia. Czy bark będzie boleć?

  1. Polski Cukier Toruń

Znakomity początek sezonu nie może przykryć tego, że torunianie od 5 grudnia wygrali tylko jeden (!) mecz z zespołem, który zagra w play-off (w lutym ze Stelmetem). I odwrotnie – słaba druga część sezonu nie może przykryć tego, że to nadal ciekawy do oglądania i mający sporo atutów zespół.

Postać: Krzysztof Sulima. Nieco w cieniu największych gwiazd z USA, ale to on może być kolejnym Polakiem spoza reprezentacji w dobrej zagranicznej lidze. Ponoć jest zainteresowanie. Świetnie nadaje się do nowoczesnej koszykówki nieco mniejszych (niż 20 lat temu) podkoszowych ludzi.

  1. Rosa Radom

Jak słusznie zauważył Jakub Wojczyński, gdyby ostatni rzut dogrywki radomskiego meczu ze Stelmetem wpadł do kosza, Rosa byłaby druga, a cały play-off wyglądałby inaczej. Rosa ma zawodników, którzy chcą zawojować świat, dobry klimat i Wojciecha Kamińskiego, który doświadczeniami w roli głównego trenera w PLK przebija o prawie 200 meczów kolejnych pretendentów z ósemki. Czy to wystarczy na choćby półfinał?

Postać: Filip Zegzuła. Co za gość! W sezon wchodził w cieniu, a na razie zakończył go 11 punktami w Zielonej Górze i tytułem MVP pierwszej ligi za grę w rezerwach. Nie zna słowa trema i dlatego w play-off może jeszcze bardziej pomóc.

  1. MKS Dąbrowa Górnicza

Fenomen tego zespołu w pełni będzie można ocenić w play-off, w rywalizacji z ostrowianami. Nikt nie wie, jak oni to robią. Nie ma tu gwiazd, ale jest bogaty zestaw zawodników i system z pomysłami trenera Dražena Anzulovicia. Wszystko może nieco w starym stylu, ale może być zabójcze. Już teraz bardzo mało brakowało do znacznie wyższego miejsca.

Postać: Bartłomiej Wołoszyn. Po cichu najlepszy Polak w bogatym zestawie MKS. Więcej punktów i lepsza skuteczność niż Piotr Pamuła, zbiórki, obrona, sporo asyst, bieganie do kontry. Dobry sezon.

  1. Polpharma Starogard Gdański

Sukces ogromny. Pokazuje, że kiedy podstawowe sprawy zrobi się jak należy, inteligentnie i cierpliwie, koszykarscy bogowie ześlą zbawienie. Hala rurowa w Starogardzie znów wibruje i o to w tej zabawie chodzi.

Postać: Uroš Mirković. Można mówić długo o Marcinie Fliegerze, Anthonym Milesie, Martynasie Sajusie, ale mi zaimponował akurat 35-letni Serb. Wciąż niebywale wszechstronny i łatający wiele luk w grającym mądrzej jak on zespole.

  1. Energa Czarni Słupsk

Wielkie zamieszanie w klubie, o którym nie warto wspominać, przyczyniło się do spadku na ósme miejsce, ale play-off znów jest i przed rywalizacją z Anwilem nic nie jest pewne. Ciekawe, jak poprowadzi klub nowy prezes, czy będzie zmiana koncepcyjna. I czy Chavaughn Lewis z Anthonym Goodsem będą mijać wystarczająco często, żeby ograć lidera?

Postać: Marcus Ginyard. Kibice Czarnych wysyłali go do domu przez większość sezonu, podobnie jak trenera Robertsa Štelmahersa, ale moim zdaniem bez Amerykanina trudno sobie wyobrazić myślenie o sukcesie w play-off z Anwilem. Mimo okazjonalnych klopsów, brałbym go do każdego zespołu.

  1. Trefl Sopot

Kiedy w końcu zmienił się trener, było za późno. Szkoda, że play-off odbędzie się bez kilku hiperofensywnych zawodników Trefla, których przyjemnie się ogląda. Oby wreszcie ten klub zaczął naprawdę stawiać na młodych.

Postać: Anthony Ireland. Mam słabość do strzelców tych rozmiarów, więc grę Amerykanina szczerze podziwiałem. Ciekawe, gdzie teraz poniosą go drogi kariery.

  1. PGE Turów Zgorzelec

Wielkie rozczarowanie. Trener Mathias Fischer sprawiał znakomite pierwsze wrażenie, ale został wrzucony na minę, a na dodatek mocno osamotniony. Nie chce się wierzyć, że klub z takim sponsorem, halą i kibicami może jeszcze dłużej pozostać poza ósemką.

Postać: Michał Michalak. W liczbach indywidualnych praktycznie powtórzył sezon 2014/2015, kiedy z Treflem zajął ósme – czyli wyższe – miejsce. Ale wydaje się, że teraz jest bardziej gotowy do skoku na Europę.

  1. King Szczecin

Po szóstym miejscu w poprzednim sezonie szczecinianie stali się ofiarą rosnącej kolejki przed sklepem z napisem „play-off”. Nazwiska były, ale się tym razem w zespół nie złożyły. Bardzo jestem ciekawy zapowiadanej przebudowy i kolejnego podejścia.

Postać: Paweł Kikowski. Już we Włoszech, gdzie w dwóch pierwszych meczach rzucił 30 punktów. W grze Kinga w ataku, w której nigdy nie zapalało się nawet żółte światło (o czerwonym nie wspominając), odnajdywał się znakomicie.

  1. Miasto Szkła Krosno

Ekscytujący i zwycięski zespół z Chrisem Czerapowiczem do lutego, niestety bez niego wygrał przez 2,5 miesiąca tylko z dwiema najsłabszymi drużynami ligi oraz Treflem Sopot. W kolejnym sezonie Michał Baran będzie mógł potwierdzić, że jest nową gwiazdą trenerską w PLK.

Postać: Kareem Maddox. Kilku ciekawych zawodników pokazało się w Mieście Szkła, ale dla mnie najbardziej interesujące jest, dokąd teraz pójdzie wszechstronny skrzydłowy, który wznowił karierę po trzech latach.

  1. Asseco Gdynia

10 wygranych meczów w sezonie, pierwszy od przenosin klubu do Gdyni brak play-off, a tu sypią się nominacje na trenera roku i MVP… Ja jestem rozczarowany, nawet biorąc pod uwagę, że drużynę opuścił przed końcem sezonu Filip Matczak. Ale dobry wizerunek klubu jest zdecydowanie bezcenny.

Postać: Marcel Ponitka. Oczywiście znakomity był Krzysztof Szubarga, kilku kolejnych zawodników zrobiło ogromne postępy, ale najciekawszy był dla mnie rozwój 20-letniego Ponitki. Na razie jest na etapie solidnego ligowca z ogromnymi perspektywami.

  1. AZS Koszalin

Drugi z rzędu sezon, który nikogo w Koszalinie nie zadowolił. Co gorsza, chyba trzeba będzie znów zacząć od nowa.

Postać: Igor Wadowski. Niewiele pozytywów indywidualnych w tej drużynie, ale przynajmniej na końcu sezonu kilka dobrych meczów zagrał 21-latek, który powinien w PLK iść do góry.

  1. TBV Start Lublin

Nie jestem pewien, czy zajęcie 15. miejsca można uznać za sukces, ale Lublin przynajmniej nie stracił prawa gry w PLK. Może trener David Dedek da kontynuację i wiarygodność temu klubowi.

Postać: Stefan Balmazović. Po wielu latach na peryferiach serbskiej koszykówki zagrał solidny sezon w PLK. Niewiele, ale na tym tle sporo.

  1. Siarka Tarnobrzeg

Skoro miało być pozytywnie, to przejdźmy do postaci…

Postać: Tomasz Wojdyła. Fenomen. Zakończył sezon, w wieku niemal 40 lat, grając 40 minut i zdobywając 30 punktów w zwycięskim meczu. Nie jest to co prawda rekord (Michael Ansley jeden dzień przed 42. urodzinami rzucił 37 punktów dla Polonii Warszawa), ale jestem ciekaw, czy ktoś w PLK zdecyduje się na powierzenie weteranowi roli podkoszowego zmiennika w przyszłym sezonie.

  1. Polfarmex Kutno

Zawsze z przyjemnością przyjeżdżało się do Kutna, ale w tym klubie skończyły się pieniądze. Szkoda. Mam nadzieję, że teraz w pierwszej lidze będą wykorzystywane doświadczenia młodych zawodników wprowadzanych do gry przez Krzysztofa Szablowskiego.

Postać: Jacek Jarecki. Po wielu latach wreszcie taki sezon w ekstraklasie, którego można było oczekiwać już dawno. Dobra propozycja dla lepszych drużyn PLK na zawodnika do zadań.

 

Reaktywacja po latach…

Hello?

Sprawdzam czy to jeszcze działa…

Powitało mnie napisem:

 

  • Dni od ostatniego wpisu

    2596

 

Format bloga już chyba umarł, ale ja potrzebuje miejsca, gdzie nieco dłuższe teksty da się wkleić.

Patrząc w dół, cofnąłem się w czasy, kiedy Prokom grał w ósemce Euroligi. Trenerem kadry zostawał Igor Griszczuk. Tego, co tam pisałem i mówiłem, się nie wstydzę po latach.

Teraz niech to będzie tylko miejsce na publikację dłuższych rzeczy, które nie mieszczą się na twitterze. Dla czytelności. No to jazda. Wklejam kilka ostatnich dzieł i potem najnowsze. Za kilkanaście godzin pojawią się typy ekspertów Polsatu Sport na półfinały play-off.

Graficznie i linkowo z prawej na razie zostaje, co było. Pomnik. Stare jak ja. No to zaczynamy ponownie…

 

O Eurolidze po Eurolidze

Tylko linkowo. Dałem głos dla Sport.pl w sprawie sukcesów Asseco Prokomu Gdynia w Eurolidze i ich wpływu na popularność koszykówki w Polsce. Do przeczytania tutaj.

Zapraszam do dyskusji.

W odpowiedzi na głos, który już tam w komentarzach padł: Niestety, siatkówka i piłka ręczna – choć uprawianie w wielu krajach – w wielu z tych wielu jest dyscypliną niszową. Co z tego, że Grecy czy Holendrzy o coś walczą pod siatką. Nikt się tym w tych krajach nie interesuje. Dobitnie to obserwowałem w Hiszpanii, kiedy to złoto ME siatkarzy w 2007 roku zostało w tym kraju przyjęte ze wzruszeniem ramion i tekścikami na 30 stronie gazet sportowych. I o to mi chodziło…

Kilka myśli o spadku Polonii 2011

14 – słownie czternastu. Tylu polskich koszykarzy, w większości młodych, wprowadził w tym sezonie do Polskiej Ligi Koszykówki klub Polonia 2011 Warszawa. Tylu bowiem, dzięki koncepcji budowy klubu obranej przez Jarosława Popiołka, Waltera Jeklina i Mladena Starcevicia, zadebiutowało w tym sezonie w ekstraklasie. Brawa i pokłony. Ode mnie zwłaszcza, gdyż jako dziennikarz będący przy ekstraklasie od 20 lat i przyznający m.in. nagrody dla debiutanta roku, nierzadko wybierałem na siłę między dwoma czy trzema niby-kandydatami…

Koniec końców Polonia 2011 jednak z PLK spadła. Odezwały się od razu głosy domagające się szybkiego rozwiązania tego „problemu”. Mówi się o specjalnej dzikiej karcie, a w najgorszym wypadku zniżce na tę kartę normalną.

Oczywiście, decyzję podejmie zarząd PLK S.A. z Jackiem Jakubowskim na czele. Ale i ja chciałem dać w tej sprawie głos, deklarując z góry, że Polonia 2011 jest według mnie zdecydowanie w czołówce najlepiej zarządzanych klubów w Polsce.

Jednak – powtórzę się – spadła. Porównałbym ją w tym miejscu do Partizana Belgrad, który w skali europejskiej robi to, co proponuje w Polsce warszawski klub. Wyszukuje talenty, wprowadza je do gry na wysokim poziomie i wypuszcza w świat wielkich pieniędzy i wielkiego basketu.

Przy okazji Partizan walczy normalnie o punkty w Eurolidze, Lidze Adriatyckiej i serbskiej. Nikt zespołowi Dusko Vujosevicia miejsca w najlepszej ósemce Euroligi nie gwarantuje za zasługi lub w podziwie dla pracy szkoleniowej. Oni tam są od trzech lat (a teraz weszli nawet do Final Four), bo sobie to na boisku wywalczyli…

I tu wracamy do reguł rządzących naszą PLK. Całej tej dyskusji było, gdyby nie chore – według mnie – w zawodowej lidze aż dwa miejsca spadkowe. Skoro takim dobrem są dla nas kluby szkolące młodych zawodników i nie baczące do końca na wyniki (główny motyw wypowiedzi ludzi Polonii 2011), to czemu w ogóle nie zlikwidować spadków? Słabe kluby, bez pieniędzy i/lub kibiców, i tak prędzej czy później się wykruszają. A te solidne, chciane i chwalone, niech trwają i szkolą, bez groźby spadku i patologicznych „meczów o wszystko”.

Skoro jednak do tej pory takie myślenie nie zwyciężyło, skoro nadal są spadki i awanse, niech one obowiązują wszystkich. Nie róbmy z procedury uzyskania dzikiej karty konkursu piękności. W kryteriach jej przyznawania najmniej moim zdaniem powinny się liczyć kwestie szkolenia młodzieży czy dobrej pracy treningowej. Najwięcej – biznes, czyli twarda korzyść dla ligi. PLK to w końcu twór zawodowy. W przeciwnym wypadku zbliżamy się niebezpiecznie do momentu, w którym np. każdy klub, który ogłosi, że zagra samymi Polakami, w tym zdolną młodzieżą, słusznie będzie miał prawo upominać się o wysoce preferencyjną dziką kartę.

Jest jeszcze jeden aspekt. Często powtarza się, że zawodnicy Polonii 2011 nie powinni już grać w niższej lidze. Niestety, raz jeszcze przypominam, że oni przede wszystkim się nie utrzymali. Po drugie, chyba jedyną ścieżką ich kariery nie jest pozostanie w zespole Mladena Starcevicia. Przy całym szacunku dla Polonii 2011 całkiem dobrze byłoby moim zdaniem, gdyby jej najbardziej utalentowani (i najlepiej wyszkoleni) alumnowie tej pięknej szkoły koszykówki znaleźli się na dużo wyższym poziomie.

Czekam na grę Tomasza Śniega, Piotra Pamuły czy Dardana Berishy w zespołach czołówki polskiej ligi, grających w europejskich pucharach. Tam, gdzie nie zabraknie dla nich ani minut (bo niby dlaczego miałoby zabraknąć), dobrego treningu i wzorców do podpatrywania. I to już, nie za kilka lat. Oni mają po 22, 21 czy 20 lat i to nie są już kurczaki (że tak sparafrazuję ulubione słówko ich prezesa), które trzeba trzymać w kartonie pod lampą.

Jestem pewien, że Polonia 2011 też sobie poradzi. Jeśli nie będzie jej stać na dołączenie do ekstraklasy w sezonie najbliższym, to na pewno do niej wróci niedługo drogą awansu. Wypuści w świat kolejnych dobrze wyszkolonych zawodników i nadal będzie dostarczać emocji. Za parę lat może to przynieść efekt w postaci wiernej bazy kibicowskiej na dużą skalę i być może większego budżetu. To wszystko prawdy uniwersalne – dotyczą każdego normalnego klubu. A mając w składzie wielu zawodników 30-, 24- czy 23-letnich, Polonia 2011 chyba nie aspiruje do miana schroniska młodzieżowego.

Jako kibic koszykówki jestem przede wszystkim za tym, żeby takich klubów jak Polonia 2011 było jak najwięcej. Żeby w wielu miejscach praca wyglądała tak właśnie, jak w tym stołecznym klubie. Popiołek, Jeklin i Starcević z ekipą pokazali nam wszystkim, jak to robić. Sama Polonia 2011 radziła sobie do tej pory świetnie. Chyba nie trzeba jej ciągnąć za uszy. Od tego może stać się – jak w życiu – po prostu brzydsza.

Po wyborze Igora Griszczuka, tekst osobisty

To będzie tekst w wielkiej części osobisty, jak to czasami na blogu bywa. Komu to przeszkadza, niech nie czyta. To utwór z dziedziny „musiałem się wypisać”, a nie „słuchajcie mnie wszyscy”.

Wychyliłem się zawczasu w poprzednim tygodniu z pochwałą dla wyboru Drażena Anzulovicia na trenera reprezentacji Polski koszykarzy. Znów bez sensu zagrałem. Ale po prostu ten news, wypuszczony jak się okazało przedwcześnie przez kolegów z PolskiKosz.pl, trafił mnie w miękkie podbrzusze.

Chciałem bowiem wówczas, żeby trener kadry był taki właśnie. Doświadczony w Eurolidze, z osiągnięciami w pracy z zespołami klubowymi, z zapasem wrażeń z meczów reprezentacji (akurat w tym wypadku Chorwacji) i z pewną charyzmą wobec mediów. Trochę jak Beenhakker czy Lozano, trochę jak Wenta. Bo z moich doświadczeń ostatnich dwóch lat dobitnie wynika, że bez zrobienia wyniku i show wokół reprezentacji (jak w siatkówce czy piłce ręcznej) nasza ulubiona dyscyplina umrze, albo przynajmniej zapadnie w solidny letarg.

Jak sądzę, mieliśmy w tym momencie wiele wspólnego z Prezesem PZKosz Romanem Ludwiczukiem, który – jak widać było po newsach – też chciał takiego trenera.

Kiedy więc w sobotę najpierw Przegląd Sportowy, a później Zbigniew Polatowski ogłosili, kto będzie trenerem kadry, byłem w szoku. Po trzech dniach analiz i przemyśleń już nie jestem. Choć jeszcze oficjalnej wiadomości nie było (ponoć ma być konferencja prasowa we Włocławku w środę), mogę powiedzieć – dlaczego nie Griszczuk?

Obecnie pracuję dla Polskiej Ligi Koszykówki, jestem redaktorem naczelnym strony PLK.pl i pomagam w pewnych działaniach biurowych. W trzecim szeregu. Staram się pomóc w dziedzinach, na których trochę – jak mi się wydaje – się znam.

Niedawno rozmawiałem z pewnym człowiekiem, którego życiową filozofię i pracę bardzo szanuję, choć często się z nim nie zgadzam. Mniejsza o to, któż on. Nie po raz pierwszy otworzył mi oczy na pewne sprawy. Powiedział mniej więcej tyle: Adam, w pewnych sprawach masz słuszność, ale ty chcesz od razu góry przenosić. Oferuj pomoc, jeśli ktoś ją przyjmie, pomagaj. Ale ogólnie niech każdy robi swoje, a co będzie dalej, zobaczymy.

Przemyślałem i dlatego dzisiaj inaczej patrzę na pewne sprawy. Także związane z przyszłą pracą Igora Griszczuka jako trenera kadry.

Mała dygresja. Z tej nowej perspektywy dzisiaj patrzę także na moją pracę w Słupsku. W poprzednim sezonie – mówiąc brzydko – pracowałem na Prezesa Andrzeja Twardowskiego, korzystał z moich podpowiedzi (czasami nie), wspomogliśmy go ze ściągniętym przeze mnie Gasperem Okornem jak umieliśmy i wyszło z tego czwarte miejsce, drugie najlepsze w historii klubu. Były chwile wielkiej radości, jak po wygraniu trudnych rund z godnymi przeciwnikami w play-off, po ośmiu z rzędu wygranych, po dwóch zwycięstwach w półfinale, pierwszych na takim poziomie w historii Słupska.

W głowie mi się nie mieściło, że mogę – w związku z powyższym – stracić tę pracę. Nie mogłem uwierzyć, że tak może się stać. Ale dzisiaj widzę, że to była arogancja. Nie zmieściliśmy się z trenerem w budżecie i nasz pobyt w Słupsku się skończył. Normalne. Myślę, że nikt tego tam nie żałuje, niewielu nas tam już zapewne pamięta, sportowe życie Energi Czarnych toczy się dalej, Prezes Twardowski radzi sobie dobrze. A ja? Jakie to ma znaczenie. Rób swoje, chłopie. Znajdź swoje miejsce i wykonuj zadania.

Podobnie jest z Prezesem Ludwiczukiem. Pracowałem na niego podczas EuroBasketu 2009, korzystał z mojej wiedzy i umiejętności w takim stopniu, jak mu się podobało. Umowa się skończyła, nie mam nic do powiedzenia na ten temat. Prezes Ludwiczuk od tego jest Prezesem, żeby podejmować decyzje, także żeby wybierać trenera.

Igora Griszczuka szanuję. Kilka razy dłużej rozmawialiśmy, zawsze to były ciekawe konwersacje. W tym sezonie Anwil gra dobrze. Griszczuk nie jest postacią medialną, ale może to nie jest aż tak ważne. Nie mam do niego telefonu, zawsze strzegł prywatności, więc niech przyjmie gratulacje tutaj, na blogu. Szczerze życzę, żeby praca z kadrą pozwoliła mu podszlifować język polski i angielski, bo to w pracy trenera mu się przyda, czy to w reprezentacji czy w klubie.

No i sukcesów, awansu w cuglach i tak dalej. Róbmy swoje.

Wielki sukces – i trochę historii

Brawo dla Asseco Prokomu Gdynia! Porażka w Kownie była, ale nie ma większego znaczenia. Mecz był ciężki, wynik taki, jaki był potrzebny. CSKA wygrało swoje w Maladze, więc w tej grupie wszystko jest jasne – APG W ÓSEMCE NAJLEPSZYCH W EUROPIE!

Szczere gratulacje dla wszystkich z tego dumnych, bo jest czym się cieszyć. Będzie trochę zamieszania w PLK, bo terminarz tego nie przewidział, ale chyba wszyscy w lidze będziemy zadowoleni, jak trzeba będzie zrobić jeszcze większe zamieszanie po awansie do Final Four. Oby tak było, choć Olympiakos Pireus, a to będzie rywal APG na 99 procent, to niesamowita moc.

Tak czy owak, gazety – na przykład Sport.pl piórem Grześka Kubickiego – zagrzmiały: największy sukces w historii! Ja tu bym jednak polemizował.

Oczywiście – zdecydowanie największy w Eurolidze. Tej nowej, istniejącej od 2000. Ale także tej starszej, która po reformie na początku lat 90. (w 1991) zaczęła przyjmować do walki więcej niż jeden zespół z kraju.

Wcześniej był to puchar dla mistrzów krajowych (Puchar Europy, Puchar Mistrzów) i w takim właśnie Lech Poznań, po przejściu dwóch rund eliminacyjnych (z mistrzem Turcji i mistrzem ZSRR) w sezonie 1989/90 awansował do ósemki najlepszych zespołów. Wtedy to była jedna grupa i w niej Lech wszystko przegrał (0-14). Ale był w tej ósemce, nie ma dyskusji.

To jednak zbiorowa pamięć – widoczna w dzisiejszych tekstach – zachowała dla potomnych, o tym wszyscy piszą. Ale nie wiem dlaczego fachowcy (!) są na tyle niezainteresowani tematem, żeby nie znaleźć, kto zaszedł wyżej.

A były takie przypadki dwa, na samym początku historii Pucharu Europy.

W 1959 roku Lech Poznań pokonał trzy rundy, żeby w półfinale PE przegrać z ASK Ryga, niezwyciężoną wówczas potęgą ze Związku Radzieckiego.

Rok później Polonia Warszawa – po jedynym w swojej historii mistrzostwie Polski! – wyeliminowała nawet Barcelonę, a w półfinale poległa z Dynamem Tbilisi.

W ćwierćfinale Pucharu Mistrzów nasi w tamtych czasach byli gośćmi dość często. Legia Warszawa dotarła tam w 1958 roku (pierwsza edycja PE), 1961, 1962 i 1964, a Wisła Kraków była w ćwierćfinale w 1963 i 1965 roku.

Jeśli więc mamy być dokładni, to Asseco Prokom Gdynia jest – po Legii, Lechu, Polonii, Wiśle – piątym polskim klubem w ósemce najlepszych w Europie. A wejście do najlepszej ósemki dzieje się po raz 10. w historii polskiej koszykówki męskiej.

Mam nadzieję, że ci, którym nie chciało się dotrzeć do tych danych, będą mnie cytować. 🙂

Ale trzeba dodać, że to wszystko nie zmienia faktu jednego: ten sukces Asseco Prokomu Gdynia jest zdecydowanie najbardziej znaczący i godny podkreślenia w porównaniu z tymi wyżej wymienionymi. Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Inne czasy, inni rywale, inna koszykówka. Brawo!

—–

PS. Niech mi wybaczą Panie, że nie biorę ich pod uwagę w tych kalkulacjach. Ale muszę przypomnieć niestarannym, że w czwórce najlepszych były nie tylko koszykarki Olimpii Poznań (trzecie miejsce w 1994 roku) i Lotosu Gdynia (drugie lokaty w 2002 i 2004) oraz oczywiście bohaterska Wisła w tym sezonie. Ta sama Wisła Kraków w 1970 roku doszła do finału Pucharu Europy. W półfinałach odpadała ponadto cztery razy (!), w 1965, 1966, 1967 i 1971 roku, a ŁKS Łódź doszedł do tego samego etapu w 1968 i 1974 roku.

PS2. Oczywiście, nie byłoby tych danych, gdyby nie niestrudzeni koledzy badacze koszykarskiej historii, z którymi wymieniamy się danymi i przeszukujemy archiwa: panowie Leszek Maria Rouppert, Krzysztof Łaszkiewicz i Artur Gąsiorowski. Może w końcu uda nam się wydać jakąś książkę, która wykona pracę za leniwych dziennikarzy. 🙂

Anzulović – zapraszamy!

Drażen Anzulović może być trenerem reprezentacji Polski koszykarzy. Jestem za!

Zbyt często – a szkoda – w ostatnich miesiącach nie byłem fanem wielu pociągnięć prezesa PZKosz Romana Ludwiczuka, ale w sprawie tego pomysłu mogę zakrzyknąć: brawo! Takiego właśnie trenera naszej kadrze potrzeba.

W ostatnich miesiącach mieliśmy pomysły kosmiczne (Pesić, Plaza, Pascual, Pianigiani), ale sam jestem tego kosmosu fanem, bo a nuż by się z którymś z nich przypadkiem udało. W sprawie wyboru trenera kadry zgadzam się z Mirosławem Alojzym (a także trenerem Dariuszem Szczubiałem), że trzeba sięgać po trenerów z Euroligi, bo oni wiedzą, co obecnie koszykarskiej w trawie piszczy oraz umieją przygotować zespoły na dwa mecze w tygodniu. To bardzo ważne!

Anzulović jest postacią mało w Polsce znaną, ale niesłusznie (rzućcie okiem na jego dossier, które przygotowałem dla PolskiKosz.pl). To dobry były zawodnik i trener, który ma dobrą opinię w Europie. Oczywiście, każdy człowiek jest inny, ale trudno go nie porównać do dwóch postaci, które w ostatnich latach w naszej lidze zjawiły się znikąd (czyli były niezbyt znane), a odniosły sukces – Saso Filipovskiego i Mihailo Uvalina.

Moim zdaniem Anzulović jest w porównaniu z nimi oboma trenerem z wyższej półki. Uvalin nigdy nie prowadził zespołu w Eurolidze, a tuż przed Anzuloviciem był mistrzem Belgii. Filipovski w Eurolidze osiągnął mniej niż Chorwat. Ponadto żaden z nich nie miał tak bogatych doświadczeń w pracy z reprezentacją. Anzulović był asystentem, nie pierwszym trenerem, ale wiele osób twierdzi, że – jak to często bywa – to on stał za wieloma aspektami sukcesów Chorwatów w ostatnich latach.

Ponadto Anzulović jest człowiekiem na małym trenerskim zakręcie, więc praca z polską kadrą na pewno będzie dla niego czymś ważnym. Podobno jako człowiek jest także bardzo w porządku.

Ma więc warsztatowo wszystko co trzeba moim zdaniem, żeby ryzyko zatrudnienia było zminimalizowane – pracę w Eurolidze, doświadczenia z pracy z reprezentacjami, współpracę w roli asystenta z wybitnym trenerem, samodzielne sukcesy i ambicję.

Moim zdaniem nie ma żadnego porównania między Chorwatem a pojawiającymi się ostatnio kandydatami – Chomiciusem, Butautasem… Także żaden z uczestników słynnego konkursu nie może z Anzuloviciem konkurować.

Chciałem napisać, że mam nadzieję, iż Anzulović po zatrudnieniu dostanie pełną swobodę i będzie mógł narzucić swoje pomysły wydziałowi szkolenia (a nie odwrotnie), ale wydaje mi się to oczywiste. Chyba niemożliwe, żeby ktoś w PZKosz coś dyktował trenerowi kadry…

Czekam więc na ostateczne decyzje i ogłoszenie, że to właśnie Chorwat poprowadzi kadrę.

Prokom to potęga

Słów parę popełniłem na stronie PLK.pl.

Dlatego odsyłam tam, ale po komentarze zapraszam tutaj, na bloga. Zresztą jeden już padł (w poprzednim wpisie) – że powinienem być obiektywny, a nie podcierać cośtamcośtam Asseco Prokomowi. W odpowiedzi mogę tylko odesłać raz jeszcze do czytania. Kiedyś to były mecze? Tak, ale to było coś zupełnie nieporównywalnego do tego, o co walczy dzisiaj APG.