Podsumowanie sezonu zasadniczego PLK 2016/2017 (z 2 maja)

[też można zweryfikować – gdzie się pomyliłem w play-off – tekst sprzed ćwierćfinałów]

 

Sezon zasadniczy #plkpl w 34 pozytywnych akapitach. Trochę o drużynie i trochę o postaciach, nie zawsze najlepszych.

 

  1. Anwil Włocławek

Dla mnie faworyt do mistrzostwa, nawet po stracie kontuzjowanego Michała Chylińskiego. Anwilowi brak tylko zawodników do blokowania rzutów, ale bez tego można żyć przy odpowiedniej obronie. Ciekaw jestem, czy teraz Igor Milicić będzie równie cierpliwy i pewny swego jak podczas rundy zasadniczej.

Postać: Kamil Łączyński. 28-letni zawodnik z Warszawy jest pierwszym i najważniejszym rozgrywającym najlepszej drużyny ligi. Nikt nie ma prawa go nie doceniać i umniejszać. A teraz arcyciekawy sprawdzian w play-off, gdzie od pierwszej rundy na swojej pozycji będzie miał wielkie wyzwania.

  1. Stelmet BC Zielona Góra

Puchar Polski pokazał, że są takie weekendy, kiedy nie ma na nich mocnych. Play-off to jednak nie weekend. Nie zdziwi mnie ani kolejne 10-0, ani spore kłopoty z obroną tytułu. Z ciekawością będę obserwował najważniejsze chwile unikalnego eksperymentu pt. „debiutant na trenera mistrza”. Zachowania trenerskie, boiskowe i pozaboiskowe, Artura Gronka będą kluczowe dla powodzenia mistrzów.

Postać: Łukasz Koszarek. Świetny. Niewiarygodnie najważniejszy. Nie, żeby to dziwiło. Ale jeśli będzie miał słabszy play-off, albo nie da rady pozbierać kolegów w szatni do jednej, wspólnej kupy, może nadchodzić ciężki miesiąc dla Stelmetu. Prawie nie mam wątpliwości, że nic takiego mistrzom nie grozi.

  1. BM Slam Stal Ostrów Wlkp.

Awans o 10 pozycji w hierarchii ligowej w ciągu roku to wielki sukces. Odrodzenie wielkiej miłości do wielkiej koszykówki w Ostrowie Wielkopolskim – jeszcze większy. Mają w Stali gwiazdy, które mogą wygrywać trudne mecze, więc jest duża szansa na sezon, jakiego nigdy nie było.

Postać: Shawn King. Zawodnik z wysp St. Vincent i Grenadyny mówi jak rastaman z Jamajki, ale jest pod koszem twardy jak Tim Duncan z nieco bliższych Wysp Dziewiczych. Karaibskie klimaty będą kluczowe dla sukcesu w play-off, bo moim zdaniem King jest w Stali nie do zastąpienia. Czy bark będzie boleć?

  1. Polski Cukier Toruń

Znakomity początek sezonu nie może przykryć tego, że torunianie od 5 grudnia wygrali tylko jeden (!) mecz z zespołem, który zagra w play-off (w lutym ze Stelmetem). I odwrotnie – słaba druga część sezonu nie może przykryć tego, że to nadal ciekawy do oglądania i mający sporo atutów zespół.

Postać: Krzysztof Sulima. Nieco w cieniu największych gwiazd z USA, ale to on może być kolejnym Polakiem spoza reprezentacji w dobrej zagranicznej lidze. Ponoć jest zainteresowanie. Świetnie nadaje się do nowoczesnej koszykówki nieco mniejszych (niż 20 lat temu) podkoszowych ludzi.

  1. Rosa Radom

Jak słusznie zauważył Jakub Wojczyński, gdyby ostatni rzut dogrywki radomskiego meczu ze Stelmetem wpadł do kosza, Rosa byłaby druga, a cały play-off wyglądałby inaczej. Rosa ma zawodników, którzy chcą zawojować świat, dobry klimat i Wojciecha Kamińskiego, który doświadczeniami w roli głównego trenera w PLK przebija o prawie 200 meczów kolejnych pretendentów z ósemki. Czy to wystarczy na choćby półfinał?

Postać: Filip Zegzuła. Co za gość! W sezon wchodził w cieniu, a na razie zakończył go 11 punktami w Zielonej Górze i tytułem MVP pierwszej ligi za grę w rezerwach. Nie zna słowa trema i dlatego w play-off może jeszcze bardziej pomóc.

  1. MKS Dąbrowa Górnicza

Fenomen tego zespołu w pełni będzie można ocenić w play-off, w rywalizacji z ostrowianami. Nikt nie wie, jak oni to robią. Nie ma tu gwiazd, ale jest bogaty zestaw zawodników i system z pomysłami trenera Dražena Anzulovicia. Wszystko może nieco w starym stylu, ale może być zabójcze. Już teraz bardzo mało brakowało do znacznie wyższego miejsca.

Postać: Bartłomiej Wołoszyn. Po cichu najlepszy Polak w bogatym zestawie MKS. Więcej punktów i lepsza skuteczność niż Piotr Pamuła, zbiórki, obrona, sporo asyst, bieganie do kontry. Dobry sezon.

  1. Polpharma Starogard Gdański

Sukces ogromny. Pokazuje, że kiedy podstawowe sprawy zrobi się jak należy, inteligentnie i cierpliwie, koszykarscy bogowie ześlą zbawienie. Hala rurowa w Starogardzie znów wibruje i o to w tej zabawie chodzi.

Postać: Uroš Mirković. Można mówić długo o Marcinie Fliegerze, Anthonym Milesie, Martynasie Sajusie, ale mi zaimponował akurat 35-letni Serb. Wciąż niebywale wszechstronny i łatający wiele luk w grającym mądrzej jak on zespole.

  1. Energa Czarni Słupsk

Wielkie zamieszanie w klubie, o którym nie warto wspominać, przyczyniło się do spadku na ósme miejsce, ale play-off znów jest i przed rywalizacją z Anwilem nic nie jest pewne. Ciekawe, jak poprowadzi klub nowy prezes, czy będzie zmiana koncepcyjna. I czy Chavaughn Lewis z Anthonym Goodsem będą mijać wystarczająco często, żeby ograć lidera?

Postać: Marcus Ginyard. Kibice Czarnych wysyłali go do domu przez większość sezonu, podobnie jak trenera Robertsa Štelmahersa, ale moim zdaniem bez Amerykanina trudno sobie wyobrazić myślenie o sukcesie w play-off z Anwilem. Mimo okazjonalnych klopsów, brałbym go do każdego zespołu.

  1. Trefl Sopot

Kiedy w końcu zmienił się trener, było za późno. Szkoda, że play-off odbędzie się bez kilku hiperofensywnych zawodników Trefla, których przyjemnie się ogląda. Oby wreszcie ten klub zaczął naprawdę stawiać na młodych.

Postać: Anthony Ireland. Mam słabość do strzelców tych rozmiarów, więc grę Amerykanina szczerze podziwiałem. Ciekawe, gdzie teraz poniosą go drogi kariery.

  1. PGE Turów Zgorzelec

Wielkie rozczarowanie. Trener Mathias Fischer sprawiał znakomite pierwsze wrażenie, ale został wrzucony na minę, a na dodatek mocno osamotniony. Nie chce się wierzyć, że klub z takim sponsorem, halą i kibicami może jeszcze dłużej pozostać poza ósemką.

Postać: Michał Michalak. W liczbach indywidualnych praktycznie powtórzył sezon 2014/2015, kiedy z Treflem zajął ósme – czyli wyższe – miejsce. Ale wydaje się, że teraz jest bardziej gotowy do skoku na Europę.

  1. King Szczecin

Po szóstym miejscu w poprzednim sezonie szczecinianie stali się ofiarą rosnącej kolejki przed sklepem z napisem „play-off”. Nazwiska były, ale się tym razem w zespół nie złożyły. Bardzo jestem ciekawy zapowiadanej przebudowy i kolejnego podejścia.

Postać: Paweł Kikowski. Już we Włoszech, gdzie w dwóch pierwszych meczach rzucił 30 punktów. W grze Kinga w ataku, w której nigdy nie zapalało się nawet żółte światło (o czerwonym nie wspominając), odnajdywał się znakomicie.

  1. Miasto Szkła Krosno

Ekscytujący i zwycięski zespół z Chrisem Czerapowiczem do lutego, niestety bez niego wygrał przez 2,5 miesiąca tylko z dwiema najsłabszymi drużynami ligi oraz Treflem Sopot. W kolejnym sezonie Michał Baran będzie mógł potwierdzić, że jest nową gwiazdą trenerską w PLK.

Postać: Kareem Maddox. Kilku ciekawych zawodników pokazało się w Mieście Szkła, ale dla mnie najbardziej interesujące jest, dokąd teraz pójdzie wszechstronny skrzydłowy, który wznowił karierę po trzech latach.

  1. Asseco Gdynia

10 wygranych meczów w sezonie, pierwszy od przenosin klubu do Gdyni brak play-off, a tu sypią się nominacje na trenera roku i MVP… Ja jestem rozczarowany, nawet biorąc pod uwagę, że drużynę opuścił przed końcem sezonu Filip Matczak. Ale dobry wizerunek klubu jest zdecydowanie bezcenny.

Postać: Marcel Ponitka. Oczywiście znakomity był Krzysztof Szubarga, kilku kolejnych zawodników zrobiło ogromne postępy, ale najciekawszy był dla mnie rozwój 20-letniego Ponitki. Na razie jest na etapie solidnego ligowca z ogromnymi perspektywami.

  1. AZS Koszalin

Drugi z rzędu sezon, który nikogo w Koszalinie nie zadowolił. Co gorsza, chyba trzeba będzie znów zacząć od nowa.

Postać: Igor Wadowski. Niewiele pozytywów indywidualnych w tej drużynie, ale przynajmniej na końcu sezonu kilka dobrych meczów zagrał 21-latek, który powinien w PLK iść do góry.

  1. TBV Start Lublin

Nie jestem pewien, czy zajęcie 15. miejsca można uznać za sukces, ale Lublin przynajmniej nie stracił prawa gry w PLK. Może trener David Dedek da kontynuację i wiarygodność temu klubowi.

Postać: Stefan Balmazović. Po wielu latach na peryferiach serbskiej koszykówki zagrał solidny sezon w PLK. Niewiele, ale na tym tle sporo.

  1. Siarka Tarnobrzeg

Skoro miało być pozytywnie, to przejdźmy do postaci…

Postać: Tomasz Wojdyła. Fenomen. Zakończył sezon, w wieku niemal 40 lat, grając 40 minut i zdobywając 30 punktów w zwycięskim meczu. Nie jest to co prawda rekord (Michael Ansley jeden dzień przed 42. urodzinami rzucił 37 punktów dla Polonii Warszawa), ale jestem ciekaw, czy ktoś w PLK zdecyduje się na powierzenie weteranowi roli podkoszowego zmiennika w przyszłym sezonie.

  1. Polfarmex Kutno

Zawsze z przyjemnością przyjeżdżało się do Kutna, ale w tym klubie skończyły się pieniądze. Szkoda. Mam nadzieję, że teraz w pierwszej lidze będą wykorzystywane doświadczenia młodych zawodników wprowadzanych do gry przez Krzysztofa Szablowskiego.

Postać: Jacek Jarecki. Po wielu latach wreszcie taki sezon w ekstraklasie, którego można było oczekiwać już dawno. Dobra propozycja dla lepszych drużyn PLK na zawodnika do zadań.

 

Reaktywacja po latach…

Hello?

Sprawdzam czy to jeszcze działa…

Powitało mnie napisem:

 

  • Dni od ostatniego wpisu

    2596

 

Format bloga już chyba umarł, ale ja potrzebuje miejsca, gdzie nieco dłuższe teksty da się wkleić.

Patrząc w dół, cofnąłem się w czasy, kiedy Prokom grał w ósemce Euroligi. Trenerem kadry zostawał Igor Griszczuk. Tego, co tam pisałem i mówiłem, się nie wstydzę po latach.

Teraz niech to będzie tylko miejsce na publikację dłuższych rzeczy, które nie mieszczą się na twitterze. Dla czytelności. No to jazda. Wklejam kilka ostatnich dzieł i potem najnowsze. Za kilkanaście godzin pojawią się typy ekspertów Polsatu Sport na półfinały play-off.

Graficznie i linkowo z prawej na razie zostaje, co było. Pomnik. Stare jak ja. No to zaczynamy ponownie…

 

O Eurolidze po Eurolidze

Tylko linkowo. Dałem głos dla Sport.pl w sprawie sukcesów Asseco Prokomu Gdynia w Eurolidze i ich wpływu na popularność koszykówki w Polsce. Do przeczytania tutaj.

Zapraszam do dyskusji.

W odpowiedzi na głos, który już tam w komentarzach padł: Niestety, siatkówka i piłka ręczna – choć uprawianie w wielu krajach – w wielu z tych wielu jest dyscypliną niszową. Co z tego, że Grecy czy Holendrzy o coś walczą pod siatką. Nikt się tym w tych krajach nie interesuje. Dobitnie to obserwowałem w Hiszpanii, kiedy to złoto ME siatkarzy w 2007 roku zostało w tym kraju przyjęte ze wzruszeniem ramion i tekścikami na 30 stronie gazet sportowych. I o to mi chodziło…

Kilka myśli o spadku Polonii 2011

14 – słownie czternastu. Tylu polskich koszykarzy, w większości młodych, wprowadził w tym sezonie do Polskiej Ligi Koszykówki klub Polonia 2011 Warszawa. Tylu bowiem, dzięki koncepcji budowy klubu obranej przez Jarosława Popiołka, Waltera Jeklina i Mladena Starcevicia, zadebiutowało w tym sezonie w ekstraklasie. Brawa i pokłony. Ode mnie zwłaszcza, gdyż jako dziennikarz będący przy ekstraklasie od 20 lat i przyznający m.in. nagrody dla debiutanta roku, nierzadko wybierałem na siłę między dwoma czy trzema niby-kandydatami…

Koniec końców Polonia 2011 jednak z PLK spadła. Odezwały się od razu głosy domagające się szybkiego rozwiązania tego „problemu”. Mówi się o specjalnej dzikiej karcie, a w najgorszym wypadku zniżce na tę kartę normalną.

Oczywiście, decyzję podejmie zarząd PLK S.A. z Jackiem Jakubowskim na czele. Ale i ja chciałem dać w tej sprawie głos, deklarując z góry, że Polonia 2011 jest według mnie zdecydowanie w czołówce najlepiej zarządzanych klubów w Polsce.

Jednak – powtórzę się – spadła. Porównałbym ją w tym miejscu do Partizana Belgrad, który w skali europejskiej robi to, co proponuje w Polsce warszawski klub. Wyszukuje talenty, wprowadza je do gry na wysokim poziomie i wypuszcza w świat wielkich pieniędzy i wielkiego basketu.

Przy okazji Partizan walczy normalnie o punkty w Eurolidze, Lidze Adriatyckiej i serbskiej. Nikt zespołowi Dusko Vujosevicia miejsca w najlepszej ósemce Euroligi nie gwarantuje za zasługi lub w podziwie dla pracy szkoleniowej. Oni tam są od trzech lat (a teraz weszli nawet do Final Four), bo sobie to na boisku wywalczyli…

I tu wracamy do reguł rządzących naszą PLK. Całej tej dyskusji było, gdyby nie chore – według mnie – w zawodowej lidze aż dwa miejsca spadkowe. Skoro takim dobrem są dla nas kluby szkolące młodych zawodników i nie baczące do końca na wyniki (główny motyw wypowiedzi ludzi Polonii 2011), to czemu w ogóle nie zlikwidować spadków? Słabe kluby, bez pieniędzy i/lub kibiców, i tak prędzej czy później się wykruszają. A te solidne, chciane i chwalone, niech trwają i szkolą, bez groźby spadku i patologicznych „meczów o wszystko”.

Skoro jednak do tej pory takie myślenie nie zwyciężyło, skoro nadal są spadki i awanse, niech one obowiązują wszystkich. Nie róbmy z procedury uzyskania dzikiej karty konkursu piękności. W kryteriach jej przyznawania najmniej moim zdaniem powinny się liczyć kwestie szkolenia młodzieży czy dobrej pracy treningowej. Najwięcej – biznes, czyli twarda korzyść dla ligi. PLK to w końcu twór zawodowy. W przeciwnym wypadku zbliżamy się niebezpiecznie do momentu, w którym np. każdy klub, który ogłosi, że zagra samymi Polakami, w tym zdolną młodzieżą, słusznie będzie miał prawo upominać się o wysoce preferencyjną dziką kartę.

Jest jeszcze jeden aspekt. Często powtarza się, że zawodnicy Polonii 2011 nie powinni już grać w niższej lidze. Niestety, raz jeszcze przypominam, że oni przede wszystkim się nie utrzymali. Po drugie, chyba jedyną ścieżką ich kariery nie jest pozostanie w zespole Mladena Starcevicia. Przy całym szacunku dla Polonii 2011 całkiem dobrze byłoby moim zdaniem, gdyby jej najbardziej utalentowani (i najlepiej wyszkoleni) alumnowie tej pięknej szkoły koszykówki znaleźli się na dużo wyższym poziomie.

Czekam na grę Tomasza Śniega, Piotra Pamuły czy Dardana Berishy w zespołach czołówki polskiej ligi, grających w europejskich pucharach. Tam, gdzie nie zabraknie dla nich ani minut (bo niby dlaczego miałoby zabraknąć), dobrego treningu i wzorców do podpatrywania. I to już, nie za kilka lat. Oni mają po 22, 21 czy 20 lat i to nie są już kurczaki (że tak sparafrazuję ulubione słówko ich prezesa), które trzeba trzymać w kartonie pod lampą.

Jestem pewien, że Polonia 2011 też sobie poradzi. Jeśli nie będzie jej stać na dołączenie do ekstraklasy w sezonie najbliższym, to na pewno do niej wróci niedługo drogą awansu. Wypuści w świat kolejnych dobrze wyszkolonych zawodników i nadal będzie dostarczać emocji. Za parę lat może to przynieść efekt w postaci wiernej bazy kibicowskiej na dużą skalę i być może większego budżetu. To wszystko prawdy uniwersalne – dotyczą każdego normalnego klubu. A mając w składzie wielu zawodników 30-, 24- czy 23-letnich, Polonia 2011 chyba nie aspiruje do miana schroniska młodzieżowego.

Jako kibic koszykówki jestem przede wszystkim za tym, żeby takich klubów jak Polonia 2011 było jak najwięcej. Żeby w wielu miejscach praca wyglądała tak właśnie, jak w tym stołecznym klubie. Popiołek, Jeklin i Starcević z ekipą pokazali nam wszystkim, jak to robić. Sama Polonia 2011 radziła sobie do tej pory świetnie. Chyba nie trzeba jej ciągnąć za uszy. Od tego może stać się – jak w życiu – po prostu brzydsza.

Po wyborze Igora Griszczuka, tekst osobisty

To będzie tekst w wielkiej części osobisty, jak to czasami na blogu bywa. Komu to przeszkadza, niech nie czyta. To utwór z dziedziny „musiałem się wypisać”, a nie „słuchajcie mnie wszyscy”.

Wychyliłem się zawczasu w poprzednim tygodniu z pochwałą dla wyboru Drażena Anzulovicia na trenera reprezentacji Polski koszykarzy. Znów bez sensu zagrałem. Ale po prostu ten news, wypuszczony jak się okazało przedwcześnie przez kolegów z PolskiKosz.pl, trafił mnie w miękkie podbrzusze.

Chciałem bowiem wówczas, żeby trener kadry był taki właśnie. Doświadczony w Eurolidze, z osiągnięciami w pracy z zespołami klubowymi, z zapasem wrażeń z meczów reprezentacji (akurat w tym wypadku Chorwacji) i z pewną charyzmą wobec mediów. Trochę jak Beenhakker czy Lozano, trochę jak Wenta. Bo z moich doświadczeń ostatnich dwóch lat dobitnie wynika, że bez zrobienia wyniku i show wokół reprezentacji (jak w siatkówce czy piłce ręcznej) nasza ulubiona dyscyplina umrze, albo przynajmniej zapadnie w solidny letarg.

Jak sądzę, mieliśmy w tym momencie wiele wspólnego z Prezesem PZKosz Romanem Ludwiczukiem, który – jak widać było po newsach – też chciał takiego trenera.

Kiedy więc w sobotę najpierw Przegląd Sportowy, a później Zbigniew Polatowski ogłosili, kto będzie trenerem kadry, byłem w szoku. Po trzech dniach analiz i przemyśleń już nie jestem. Choć jeszcze oficjalnej wiadomości nie było (ponoć ma być konferencja prasowa we Włocławku w środę), mogę powiedzieć – dlaczego nie Griszczuk?

Obecnie pracuję dla Polskiej Ligi Koszykówki, jestem redaktorem naczelnym strony PLK.pl i pomagam w pewnych działaniach biurowych. W trzecim szeregu. Staram się pomóc w dziedzinach, na których trochę – jak mi się wydaje – się znam.

Niedawno rozmawiałem z pewnym człowiekiem, którego życiową filozofię i pracę bardzo szanuję, choć często się z nim nie zgadzam. Mniejsza o to, któż on. Nie po raz pierwszy otworzył mi oczy na pewne sprawy. Powiedział mniej więcej tyle: Adam, w pewnych sprawach masz słuszność, ale ty chcesz od razu góry przenosić. Oferuj pomoc, jeśli ktoś ją przyjmie, pomagaj. Ale ogólnie niech każdy robi swoje, a co będzie dalej, zobaczymy.

Przemyślałem i dlatego dzisiaj inaczej patrzę na pewne sprawy. Także związane z przyszłą pracą Igora Griszczuka jako trenera kadry.

Mała dygresja. Z tej nowej perspektywy dzisiaj patrzę także na moją pracę w Słupsku. W poprzednim sezonie – mówiąc brzydko – pracowałem na Prezesa Andrzeja Twardowskiego, korzystał z moich podpowiedzi (czasami nie), wspomogliśmy go ze ściągniętym przeze mnie Gasperem Okornem jak umieliśmy i wyszło z tego czwarte miejsce, drugie najlepsze w historii klubu. Były chwile wielkiej radości, jak po wygraniu trudnych rund z godnymi przeciwnikami w play-off, po ośmiu z rzędu wygranych, po dwóch zwycięstwach w półfinale, pierwszych na takim poziomie w historii Słupska.

W głowie mi się nie mieściło, że mogę – w związku z powyższym – stracić tę pracę. Nie mogłem uwierzyć, że tak może się stać. Ale dzisiaj widzę, że to była arogancja. Nie zmieściliśmy się z trenerem w budżecie i nasz pobyt w Słupsku się skończył. Normalne. Myślę, że nikt tego tam nie żałuje, niewielu nas tam już zapewne pamięta, sportowe życie Energi Czarnych toczy się dalej, Prezes Twardowski radzi sobie dobrze. A ja? Jakie to ma znaczenie. Rób swoje, chłopie. Znajdź swoje miejsce i wykonuj zadania.

Podobnie jest z Prezesem Ludwiczukiem. Pracowałem na niego podczas EuroBasketu 2009, korzystał z mojej wiedzy i umiejętności w takim stopniu, jak mu się podobało. Umowa się skończyła, nie mam nic do powiedzenia na ten temat. Prezes Ludwiczuk od tego jest Prezesem, żeby podejmować decyzje, także żeby wybierać trenera.

Igora Griszczuka szanuję. Kilka razy dłużej rozmawialiśmy, zawsze to były ciekawe konwersacje. W tym sezonie Anwil gra dobrze. Griszczuk nie jest postacią medialną, ale może to nie jest aż tak ważne. Nie mam do niego telefonu, zawsze strzegł prywatności, więc niech przyjmie gratulacje tutaj, na blogu. Szczerze życzę, żeby praca z kadrą pozwoliła mu podszlifować język polski i angielski, bo to w pracy trenera mu się przyda, czy to w reprezentacji czy w klubie.

No i sukcesów, awansu w cuglach i tak dalej. Róbmy swoje.

Wielki sukces – i trochę historii

Brawo dla Asseco Prokomu Gdynia! Porażka w Kownie była, ale nie ma większego znaczenia. Mecz był ciężki, wynik taki, jaki był potrzebny. CSKA wygrało swoje w Maladze, więc w tej grupie wszystko jest jasne – APG W ÓSEMCE NAJLEPSZYCH W EUROPIE!

Szczere gratulacje dla wszystkich z tego dumnych, bo jest czym się cieszyć. Będzie trochę zamieszania w PLK, bo terminarz tego nie przewidział, ale chyba wszyscy w lidze będziemy zadowoleni, jak trzeba będzie zrobić jeszcze większe zamieszanie po awansie do Final Four. Oby tak było, choć Olympiakos Pireus, a to będzie rywal APG na 99 procent, to niesamowita moc.

Tak czy owak, gazety – na przykład Sport.pl piórem Grześka Kubickiego – zagrzmiały: największy sukces w historii! Ja tu bym jednak polemizował.

Oczywiście – zdecydowanie największy w Eurolidze. Tej nowej, istniejącej od 2000. Ale także tej starszej, która po reformie na początku lat 90. (w 1991) zaczęła przyjmować do walki więcej niż jeden zespół z kraju.

Wcześniej był to puchar dla mistrzów krajowych (Puchar Europy, Puchar Mistrzów) i w takim właśnie Lech Poznań, po przejściu dwóch rund eliminacyjnych (z mistrzem Turcji i mistrzem ZSRR) w sezonie 1989/90 awansował do ósemki najlepszych zespołów. Wtedy to była jedna grupa i w niej Lech wszystko przegrał (0-14). Ale był w tej ósemce, nie ma dyskusji.

To jednak zbiorowa pamięć – widoczna w dzisiejszych tekstach – zachowała dla potomnych, o tym wszyscy piszą. Ale nie wiem dlaczego fachowcy (!) są na tyle niezainteresowani tematem, żeby nie znaleźć, kto zaszedł wyżej.

A były takie przypadki dwa, na samym początku historii Pucharu Europy.

W 1959 roku Lech Poznań pokonał trzy rundy, żeby w półfinale PE przegrać z ASK Ryga, niezwyciężoną wówczas potęgą ze Związku Radzieckiego.

Rok później Polonia Warszawa – po jedynym w swojej historii mistrzostwie Polski! – wyeliminowała nawet Barcelonę, a w półfinale poległa z Dynamem Tbilisi.

W ćwierćfinale Pucharu Mistrzów nasi w tamtych czasach byli gośćmi dość często. Legia Warszawa dotarła tam w 1958 roku (pierwsza edycja PE), 1961, 1962 i 1964, a Wisła Kraków była w ćwierćfinale w 1963 i 1965 roku.

Jeśli więc mamy być dokładni, to Asseco Prokom Gdynia jest – po Legii, Lechu, Polonii, Wiśle – piątym polskim klubem w ósemce najlepszych w Europie. A wejście do najlepszej ósemki dzieje się po raz 10. w historii polskiej koszykówki męskiej.

Mam nadzieję, że ci, którym nie chciało się dotrzeć do tych danych, będą mnie cytować. 🙂

Ale trzeba dodać, że to wszystko nie zmienia faktu jednego: ten sukces Asseco Prokomu Gdynia jest zdecydowanie najbardziej znaczący i godny podkreślenia w porównaniu z tymi wyżej wymienionymi. Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Inne czasy, inni rywale, inna koszykówka. Brawo!

—–

PS. Niech mi wybaczą Panie, że nie biorę ich pod uwagę w tych kalkulacjach. Ale muszę przypomnieć niestarannym, że w czwórce najlepszych były nie tylko koszykarki Olimpii Poznań (trzecie miejsce w 1994 roku) i Lotosu Gdynia (drugie lokaty w 2002 i 2004) oraz oczywiście bohaterska Wisła w tym sezonie. Ta sama Wisła Kraków w 1970 roku doszła do finału Pucharu Europy. W półfinałach odpadała ponadto cztery razy (!), w 1965, 1966, 1967 i 1971 roku, a ŁKS Łódź doszedł do tego samego etapu w 1968 i 1974 roku.

PS2. Oczywiście, nie byłoby tych danych, gdyby nie niestrudzeni koledzy badacze koszykarskiej historii, z którymi wymieniamy się danymi i przeszukujemy archiwa: panowie Leszek Maria Rouppert, Krzysztof Łaszkiewicz i Artur Gąsiorowski. Może w końcu uda nam się wydać jakąś książkę, która wykona pracę za leniwych dziennikarzy. 🙂

Anzulović – zapraszamy!

Drażen Anzulović może być trenerem reprezentacji Polski koszykarzy. Jestem za!

Zbyt często – a szkoda – w ostatnich miesiącach nie byłem fanem wielu pociągnięć prezesa PZKosz Romana Ludwiczuka, ale w sprawie tego pomysłu mogę zakrzyknąć: brawo! Takiego właśnie trenera naszej kadrze potrzeba.

W ostatnich miesiącach mieliśmy pomysły kosmiczne (Pesić, Plaza, Pascual, Pianigiani), ale sam jestem tego kosmosu fanem, bo a nuż by się z którymś z nich przypadkiem udało. W sprawie wyboru trenera kadry zgadzam się z Mirosławem Alojzym (a także trenerem Dariuszem Szczubiałem), że trzeba sięgać po trenerów z Euroligi, bo oni wiedzą, co obecnie koszykarskiej w trawie piszczy oraz umieją przygotować zespoły na dwa mecze w tygodniu. To bardzo ważne!

Anzulović jest postacią mało w Polsce znaną, ale niesłusznie (rzućcie okiem na jego dossier, które przygotowałem dla PolskiKosz.pl). To dobry były zawodnik i trener, który ma dobrą opinię w Europie. Oczywiście, każdy człowiek jest inny, ale trudno go nie porównać do dwóch postaci, które w ostatnich latach w naszej lidze zjawiły się znikąd (czyli były niezbyt znane), a odniosły sukces – Saso Filipovskiego i Mihailo Uvalina.

Moim zdaniem Anzulović jest w porównaniu z nimi oboma trenerem z wyższej półki. Uvalin nigdy nie prowadził zespołu w Eurolidze, a tuż przed Anzuloviciem był mistrzem Belgii. Filipovski w Eurolidze osiągnął mniej niż Chorwat. Ponadto żaden z nich nie miał tak bogatych doświadczeń w pracy z reprezentacją. Anzulović był asystentem, nie pierwszym trenerem, ale wiele osób twierdzi, że – jak to często bywa – to on stał za wieloma aspektami sukcesów Chorwatów w ostatnich latach.

Ponadto Anzulović jest człowiekiem na małym trenerskim zakręcie, więc praca z polską kadrą na pewno będzie dla niego czymś ważnym. Podobno jako człowiek jest także bardzo w porządku.

Ma więc warsztatowo wszystko co trzeba moim zdaniem, żeby ryzyko zatrudnienia było zminimalizowane – pracę w Eurolidze, doświadczenia z pracy z reprezentacjami, współpracę w roli asystenta z wybitnym trenerem, samodzielne sukcesy i ambicję.

Moim zdaniem nie ma żadnego porównania między Chorwatem a pojawiającymi się ostatnio kandydatami – Chomiciusem, Butautasem… Także żaden z uczestników słynnego konkursu nie może z Anzuloviciem konkurować.

Chciałem napisać, że mam nadzieję, iż Anzulović po zatrudnieniu dostanie pełną swobodę i będzie mógł narzucić swoje pomysły wydziałowi szkolenia (a nie odwrotnie), ale wydaje mi się to oczywiste. Chyba niemożliwe, żeby ktoś w PZKosz coś dyktował trenerowi kadry…

Czekam więc na ostateczne decyzje i ogłoszenie, że to właśnie Chorwat poprowadzi kadrę.

Prokom to potęga

Słów parę popełniłem na stronie PLK.pl.

Dlatego odsyłam tam, ale po komentarze zapraszam tutaj, na bloga. Zresztą jeden już padł (w poprzednim wpisie) – że powinienem być obiektywny, a nie podcierać cośtamcośtam Asseco Prokomowi. W odpowiedzi mogę tylko odesłać raz jeszcze do czytania. Kiedyś to były mecze? Tak, ale to było coś zupełnie nieporównywalnego do tego, o co walczy dzisiaj APG.

W sprawie 1 na 10

Trzeba będzie powoli wracać do tego bloga… 🙂 Już niedługo, już za chwilę…

Dzisiaj tylko dwa słowa w sprawie bieżącej. Skoro Wojczyn ją poruszył, to odpowiadam. Choć dziwi mnie, że tak wytrawny badacz statystyk zamiast wiedzieć, pyta… 🙂

Chodzi o wolne Roberta Tomaszka z meczu z Polonią 2011. Było ich 10. Trafiony – jeden. I to zdecydowanie nielegalnie. Sędziowie przysnęli, bo Tomaszek ten jedyny celny rzucił ze zwodem, co jak wiadomo jest absolutnie zakazane. Zresztą w kolejnej próbie (kilka minut później) taką samą akcję skutecznie odgwizdał mu sędzia Marek Ćmikiewicz.

Czy 1/10 z linii to wyczyn? Owszem. Czy rekord? Gdzie tam.

W okresie od 1998 roku (oficjalne statystyki PLK) rekordzistą jest Harold Jamison, który w meczu Prokom Trefl Sopot – AZS Koszalin (27 listopada 2004) miał 0/10 z wolnych.

Całkiem niedawno 0/8 zaliczył Kris Clarkson (8 marca 2008, Wałbrzych w Świeciu).

Najwięcej niecelnych wolnych w meczu? 14 – Garnett Thompson – 1 kwietnia 2006, Koszalin we Włocławku 76:105 – 7/21 z linii. Do dzisiaj nie wierzę, że to miało miejsce, ale świadkowie mówią, że tak…

Najbardziej poruszający wynik? 1/12 Kachy Szengelii, 28 stycznia 1999, w meczu Śląska Wrocław (niestety, w tym momencie nie mam w bazie, z kim).

Tak więc Tomaszek jeszcze ma wiele przed sobą… 🙂

Smuta… i piąta kolejka

Nawet nie wiem, jak zacząć. Chciałoby się kilka refleksji na temat występu w drugiej kolejce Euroligi naszego Asseco Prokomu Gdynia skreślić, ale ciężko coś oryginalnego wymyślić. To wszystko wygląda słabo niestety i chyba nawet mina głównego rozgrywającego całego tego interesu, czyli Tomasa Pacesasa, mówiła wszystko. Zespół się dość mocno podzielił na ‚grających swoje’ bez względu na wszystko i na resztę, która nie za bardzo wie, co ma robić. Nie widać w tym przygotowania i koncepcji, choć przecież zestaw na ławce trenerskiej wyjątkowo mocny (trzech szkoleniowców z doświadczeniem w roli hedkołcza). Smuta.

Szkoda, szkoda, szkoda.

Ale jeszcze osiem kolejek do zakończenia pierwszej rundy. Wiele się może jeszcze wydarzyć. Oby.

A przed 1 listopada, który w tym roku pięknie się wpasował w niedzielę, będzie w naszej kochanej PLK ciekawa, rozłożysta kolejka. Ostatnio mi typowanie nie szło, Stalówka mnie zaskoczyła, a Polonia wyrwała wreszcie coś, więc sobie teraz trochę pofolguję.

Polpharma Starogard – Kotwica Kołobrzeg +5. Taki mecz na przełamanie trochę, dla jednych i drugich. Kotwica – trochę tak, jak przewidywałem – gra fajnie, ale przegrywa. Bartosz Diduszko – wynik zrobił w ostatnim meczu potworny. W ostatnich czterech sezonów z Polaków lepszy wynik (34 punkty) zdołał wykręcić tylko Andrzej Pluta. Ale w Starogardzie też mają coś do odrabiania po porażce w Jarosławiu, choć skład dość niespodziewanie wygląda mi na dość wąski… Ciekawy mecz, wiele scenariuszy możliwe. Jednak stawiam na gospodarzy.

Polonia Azbud Warszawa – Energa Czarni Słupsk +1. Słupscy kibice osiągnęli pełnię zadowolenia po meczu z AZS Koszalin, ale Polonia ma jednak teraz zbyt dobry obwód. To, co pod koszem, nie musi się tego dnia w Warszawie aż tak bardzo liczyć.

Trefl Sopot – Stal Stalowa Wola +16. Przełom nastąpił w Stalowej Woli, ale Trefl jest jednak o półkę wyżej. Może być jednak bardziej zacięta walka.

PBG Basket Poznań – Asseco Prokom Gdynia -12. Pojedynek Eugeniusza Kijewskiego z Tomasem Pacesasem powinien być smakowity, a zespół z Poznania powinien powalczyć. Jednak ostatecznie przeważyć winna moc gdyńska, choć prawdę mówiąc trudno ocenić, jak mocny będzie ‚efekt Realu’, czyli nicość, w jaką mistrzowie muszą wpaść po słabości w Madrycie. A może to tylko będzie chwilowe?

Polonia 2011 Warszawa – Znicz Jarosław +5. Bardzo ważny mecz dla obu stron, bo mimo dobrych wyników Znicz ciągle potrzebuje wygranych. Gdyby John Williamson był zdrowy typowałbym odwrotnie.

Sportino Inowrocław – PGE Turów Zgorzelec -17. Trener Mariusz Karol musiałby zrobić naprawdę coś niesamowitego, żeby wygrać ten mecz.

AZS Koszalin – Anwil Włocławek +4. Ciągle mi się wydaje, że AZS namiesza. Oczywiście, Anwil jest naprawdę mocny, gra dobrze i wygrywa. Ale tutaj… jednak wietrzę wygraną koszalinian.

Do zobaczenia w halach!

PS. A w lidze hiszpańskiej ACB w Polsacie Sport Extra zmiana. Zamiast w sobotę pokazujemy mecz w niedzielę – i to o 19.00 – zagra Cajasol z Unicają.